INTRO - where and when did it start?
I had been writing my diary whilst in America, and I decided to upload some bits of it to internet. When going to camps, people are/were probably as frightened as I was, but they believe they`d have time of their lives. No doubt I did, and I want to share my feelings, thoughts and experience with all of you. Enjoy! Two years ago I went to America for my first time and worked at a special needs camp - camp Anne - in the New York state as a part of a kitchen staff. It was hard work but also heaps of fun, however I usually try not to exactly repeat things as it`s never going to be the same. I`d explored a lot in the East coast but America`s a huge country and I thought there was still plenty to see. I decided to repeat Camp America program, going to another camp, in another part of the USA. I did not even suppose I`d end up working at 3 diffeent camps and having a trip of my life afterwards...
travel time
After 2,5 months of working at camps I finally was off to travel! Only planning when and where took me about a month. After some modifications due to finances and time, I finally could make the proper reservations. The greatest help in that was a random Hospitality Club member (www.hospitalityclub.org A similar website to it is also www.couchsurfing.com). He replied to my post on the forum, writing what, where, how and how much for, etc. to travel around the United States, with all the details. With just very little modifications that I had to make, everything matched me perfectly. I never met that person, but I will always be thankful for the great advices he gave me. Without them it would have been much harder to plan anything. At the San Diego railway station I became a proud owner of the California Rail Pass, valid for California and Las Vegas (even though it`s already in Nevada) for 21 days, which included 7 days of travelling. 159$ poorer but with a "banana" on my face, I walked down to the Greyhound station. I bought there a ticket to the Grand Canyon and also a return ticket to California. That travelling option was the best and probably the cheapest for me. Within over a month I made a route: San Diego - Santa Ana (a friend of mine lives there) - Livermore (I visited my former campers) - San Francisco - Yosemite NP - Las Vegas - The Grand Canyon - Phoenix - Los Angeles (Santa Monica and Venice, Hollywood, Beverly Hills) - Sequoia NP - Lake Elsinore - then I flew to Atlanta - and to Miami - took an Amtrak to Orlando - the Greyhound to Key West - and eventually a Greyhound back to Miami. I spent over 2000 $ which is not much when you consider that I travellled through the whole west coast and Florida, and bought a laptop as well. If you would like to read more about my after camp travels, go to my official travel blog: www.travelpod.com/members/bogna I loved that summer absolutely and I would do it again if I could. I feel now like I`m living through the whole year to go to camp and experience new madness and adventures. I already know what is my masters thesis going to be about - yes, CAMP AMERICA!!!
A mad running day
POLSKI:
Miałam wyjechać z campu o 11 rano, zeby zdążyć z San Bernardino na
autobus greyhound do San Diego. Do San Diego udawał się też jeden z
wychowawców, którego nazywaliśmy Diego. Nas oboje na stację greyhound
miał zabrać PC. Rano PC odwoził kogoś na lotnisko i prawdopodobnie w
drodze powrotnej na camp utknął w korkach. Czas leciał, PC się nie
pojawiał, a do tego moje pieniądze z paszportem były schowane w sejfie,
do którego dostęp miał tylko PC. Następny autobus Greyhoud miał być
dopiero o 17:30. PC wrócił po 14:00, dawno po odjeździe mojego
pierwszego autobusu. Na dworzec zawiózł nas w końcu ktoś inny. Na
stacji Greyhound okazało się, że wszystkie bilety na autobus o 17:30
zostały już wykupione. Następny autobus odjeżdżał o północy. Wzięliśmy
taksówkę na stację Metrolink, czyli coś w stylu pociągu podmiejskiego.
Stamtąd wzięliśmy pociąg, zwany Metrolink, do Los Angeles. Diego
wymyślił, że z Los Angeles weźmiemy także Metrolink do Oceanside w
pobliżu San Diego, a stamtąd taksówkę do San Diego. Kupiliśmy bilety w
automacie, po czym zorientowaliśmy się, że Metrolink do Oceanside nie
jeździ w niedziele (a zgadnijcie który był dzień tygodnia?). Mieliśmy
dosłownie 2 minuty, żeby kupić w kasie okienka bilety na pociąg i
dobiec na peron. Kasjerka jeszcze literowała moje nazwisko na bilecie,
gdy zrobiła się minuta do odjazdu pociągu. Miałam ze sobą wszystkie
możliwe bagaże - plecak podręczny Jansporta na plecach, walizkę, a do
niej doczepioną torbę. Biegliśmy jak szaleni, gdy w pewnym momencie
torba odczepiła się od walizki i runęłam na plecy wraz z całym bagażem.
Ktoś mnie podniósł od tyłu, bo z wycieńczenia i szoku nie mogłam wstać.
Diego stał 5 metrów dalej i się gapił. Gdy tylko w miarę szybko się
zebrałam, zaczął biec dalej. Ktoś za mną krzyczał "She`s injured, she`s
injured!!" ("Ona jest ranna, ona jest ranna!"), ale odkrzyknęłam, że
nic mi nie jest i biegłam dalej. Byliśmy już przy peronie. Musieliśmy
jeszcze wbiec pod górkę i do pociągu. Krzyknęłam do Diego, że już nie
mogę, że nie dam rady. Nie tak łatwo przebiec 8 peronów z 35 kg bagażu
w ciągu jednej minuty! Diego zawołał, że już prawie jesteśmy w pociągu,
więc resztką sił wciągnęłam walizkę i torbę i w momencie gdy weszłam do
pociągu, drzwi się zatrzasnęły i pociąg ruszył. Osunęłam się na
pierwszym wolnym siedzeniu. Było mi tak słabo, że myślałam, że tracę
świadomość. I wtedy do tego zobaczyłam strużkę krwi kapiącą mi z
łokcia. Byłam tak skupiona na dotarciu do pociągu, że nie zauważyłam,
że przy upadku uszkodziłam sobie łokieć. To było dokładnie to samo
miejsce, na które upadłam miesiąc wcześniej, grając w koszykówkę. "O
cholera, ja krwawię!". Poszłam do łazienki, ledwo poruszając nogami.
Diego poszedł za mną. Najpierw namydliłam ranę, żeby ją zdezynfekować i
syknęłam, bo piekło. Następnie wsadziłam łokieć pod wodę, która okazała
się wrząca. Zawyłam z wycieńczenia i bólu. Diego pomógł mi wejść do
łazienki na drugim piętrze pociągu, ale tam też woda była tylko super
gorąca. Gdy w końcu jakoś opanowałam sytuację, usiadłam z powrotem na
swoim miejscu i siedziałam tak bez ruchu przez godzinę. Przez całe 3,5
h drogi do San Diego ja i Diego nie zamieniliśmy ani słowa.
ENGLISH:
I was supposed to leave camp around 11 am to get to San Bernardino on
time where my Greyhound bus to San Diego was leaving from. To San Diego
was also heading one of the counselors, called Diego. Both of us were
supposed to be taken to the Greyhound station by PC. In the morning PC
took someone to the airport and probably on the way back to camp he got
stuck in a traffic jam. The time was flying by and PC wouldn`t show up.
Moreover, my money and passport were hidden in the safe where access
had only PC. The next Greyhound bus was going to leave yet at 5:30 pm.
PC got back to camp well after my first Greyhound bus had left from San
Bernardino. Finally to the Greyhound station took us somebody else. At
the station we found out that all the tickets for the bus at 5:30 pm
have been sold. The next bus was going to depart around midnight. We
took a cab to the Metrolink station. From there we took a train, called
Metrolink, to Los Angeles. Diego decided to take also a Metrolink from
LA to Oceanside near San Diego, and from there a cab to San Diego. We
bought the tickets in the machine and then we discovered that the
Metrolink to Oceanside does not run on Sundays (and guess what day of a
week it was?). We had literally 2 min to buy tickets for a regular
train in a ticket office and run to the right platform. The cashier was
still spelling my name on the ticket when I noticed the clock was
showed 1 min to the trains departure. I had all my luggage with me - a
Jansport backpack on my back, a suitcase and a bag attached to the
suitcase. We were running like crazy when suddenly the bag detached
from the suitcase, and I fell down on my back, altogether with my
luggage. Somebody lifted me up from behind, as shocked and exhausted I
couldn`t get up. Diego was standing 5 m apart and was gaping. As soon
as I got up with my luggage, he started running again. Somebody from
behind me was yelling: "She`s injured, she`s injured!" but I yelled
back: "I`m fine!" and was running further. We were just right next to
the platform. We only had to roll our luggage up to the platform and to
the train. I cried to Diego that I couldn`t do that. It`s not that easy
to run through 8 platforms with 35 kg of luggage within one minute!
Diego yelled that we were almost in the train, so with the rest of my
energy I lifted my suitcase and bag up to the platform and to the
train. As soon as I got into the train, the door was closed and the
train departed. I fell on the closest seat. I was feeling so weak that
I thought I would lose my consciousness. And then I saw a streamlet of
blood dropping from my elbow. It was exactly the same place I fell
onto a month before playing basketball. "Oh **** I`m bleeding!". I went
to the bathroom barely being able to move my legs. Diego went with me.
Firstly I put soap on my wound and I fizzled because it was hurting me.
Then I put my elbow under the water which I found almost boiling. I
yowled from the pain and exhaustion. Diego helped me to get to the
bathroom upstairs but again there was only a super hot water. When I
finally conquered the situation, I sat down back on my seat and was not
moving for another hour or so. For the whole 3,5 h of journey to San
Diego me and Diego did not say a word to each other.
Pali staff madness night
POLSKI:
Po
całym dniu sprzątania i pożegnań z camperami, miałam w końcu czas, żeby
wziąć prysznic - to było prawie jak spełnienie marzenia. Staff party
było obfite w drinki i dobrą zabawę. Ludzie poszli na całość. Wielu
zdjęć nie mogłam zamieścić, bo są objęte cenzurą:P. O 1 w nocy
pożegnaliśmy Phoenix, która już nad rane miała lot do Anglii. Te
2 tygodnie na campie Pali były cudownym przeżyciem. Zobaczyłam i
doświadczyłam rzeczy, których nie miałabym okazji doświadczyć gdzie
indziej. Ale przede wszystkim jestem wdzięczna za poznanie co najmniej
kilku niezwykłych ludzi. To dzięki nim szybko przestałam się czuć obco
w nowym dla mnie miejscu, to dzięki nim miałam, jakby to Amerykanie
określili, "time of my life". Poniżej chcę im podziękować osobiście.
Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w przyszłości...:)
ENGLISH: After
the whole day spent on cleaning up the camp and saying goodbye to
campers, I finally had time to take a shower - which was like a dream
made come true. Staff party was filled with drinks and a good fun.
People went for it. I couldn`t upload a lot of photos as they are way
too inaproppriate:P. At 1 am we had to say goodbye to Phoenix, who had
a return flight to England in the very early morning. Those
2 weeks at Pali camp were an amazing experience. I saw and did things,
that I would have never been able to experience anywhere else. But
especially I am thankful to have met at least a few magnificent people.
Thank to them I quickly stopped to feel strange in place new to me,
thank to them I had a time of my life. I want to say a big thank you
below. I hope to meet you some time in the future...:)
Banja
- you were one of the first people I met at Pali and you made me feel
so welcome there! You were always ready to help me, and you`re such a
sweetie! I miss you a lot! Hula
- I will never forget the high5 you gave me after I sang the Polish
song in front of those 350 people. You were always so sweet and
amazing! Vogue and Clutch- ahh how would I have survived this first week at Pali? You girls were awesome cabin mates and people. I miss you! Lyric - so much in common! You were so so calm with campers, and so dedicated! That second week was so amazing also because of you! Phoenix
- you`re one of the sweetest people I know. I didn`t feel strange at
camp also because of you! Love you pookie! Come and visit me in Poland!
Geeza - you boyo are amusing, so much fun! I loved your ideas and jokes! Beats - another hilarious one! I`ll never forget your tights and image a`la Robin Hood ha! Loved your beat box shows too! Kasia
- jesteś dla mnie specjalną osobą, o ileż trudniejsze byłoby zycie na
campie bez Ciebie! Jesteś cudowna, niesamowite, że mieszkając tak
blisko siebie, spotkałyśmy się na drugim krańcu globu! Larry aka Spike
- Jersey Grotowski and all your amazing knowledge about the theatre and
life! You are my master, let me be your Margarita hehe:) Produce - you`re a funny one! Thanks for the invitation to Portland and Seattle, I will make sure to use it one day:) Cooper - you crazy Aussie chick! You brought a special light to Pali camp!
Carpo -
you were the one who made a first impression about the camp I was going
to. You`re so dedicated to kids, and nedless to say you did an amazing
job. Barry aka B`Dawg
- thank you for trusting me, hiring a non-English native speaker. You
were a brilliant camp director and a fun person. I want to say a big
thank you. There are many other people I wanted to say thank you, as it`s hard to mention everyone. And you know who I mean:) More thumbnails ...
The very last session of this summer
POLSKI: Na nowy turnus musiałam sie przenieść z kabiny nr 12 do kabiny nr 9, co oznaczało wciąganie mojej walizki jakieś 30 metrów pod górkę. Pożegnałam moje współlokatorki z Australii i zamieszkałam z Angielką z Colchester - Lyric. Bardzo szybko się dogadałyśmy i odkryłyśmy, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Do tego akcent Lyric przypominał mi o mojej przyjaciółce Sarze, aż miło było posłuchać J . Zamieszkałyśmy z dziesięcioma dziewczynkami. Na tym campie opiekunowie mieszkają w jednej kabinie z dziećmi, i dzielą z nimi pokoje. Tak więc, nad sobą i obok siebie miałam łóżka podopiecznych, co z jednej strony dawało mi mniej prywatności. Z drugiej jednak, zawsze byłam obok nich, gdy mnie potrzebowały. W dniu przyjazdu dzieci na polanie został rozlokowany dmuchany zamek ze zjeżdżalnią prosto do wody oraz nadmuchiwany tor przeszkód. Była też ogromna wersja Twistera na wielkim materacu. Każdy z counselorów miał tamtego dnia wyznaczoną rolę. Mnie przypadło zabawianie dzieci na polanie. Tamże właśnie podeszła do mnie 7-mio, może 8-mio-letnia dziewczynka i od razu zaczęła mówić. Buzia jej się nie zamykała, była przeurocza. Razem się wygłupiałyśmy i tańczyłyśmy na materacu. Podczas gdy dzieci poprosiły tą małą dziewczynkę o kręcenie kołem od Twistera, ja na chwilę spojrzałam w inną stronę. Gdy popatrzyłam z powrotem na pole twistera, mała dziewczynka była we łzach. Okazało się, że koło twistera upadło prosto na jej głowę. Szybko zabrałam małą do dyżurki pielęgniarek; trochę krwawiła z tłu głowy. Zdołałam małą trochę uspokoić, ale miny pielęgniarek nie były obiecujące. Po opatrzeniu rany okazało się, że jednak nie było tak źle jak to wyglądało. Ponieważ byłam na campie nowa, pielęgniarka spytała mnie, skąd jestem. "I`m from Poland" (Jestem z Polski) - odpowiedziałam. Na to dziewczynka momentalnie się ożywiła i zawołała z radością: "Hehe, my parents are Polish!" (Hehe, moi rodzice są Polakami!). Myślałam, że się przewrócę. "To rozumiesz po polsku?" - zapytałam. "Yhyh, TAK!" - odparła, po polsku. Od tamtej pory ja i Ania byłyśmy na campie jak najlepsze koleżanki . Za każdym razem, gdy mnie widziała, podbiegała do mnie i mocno się przytulała. Jak była gdzieś dalej, ale mnie widziała, to wołała: "Cześć!" po polsku. Nie umiem opisać, ile radości dało mi to dziecko. Wieczorem mieliśmy oficjalnie powitać nowy turnus dzieciaków. Każda specjalizacja robiła mini show, po czym było ognisko. Na ognisku z kolei wychowawcy każdej narodowości mieli pokazać coś charakterystycznego dla ich kraju. Mieliśmy sporo Brytyjczyków, Australijczyków, parę Kanadyjczyków, trochę Amerykanów, ale ja byłam jedyną Polką. Kaśka pracowała w kuchni i miała w tamtym dniu wolne. Pomyślałam, że zagram i zaśpiewam piosenkę "Moi przyjaciele", która bardzo kojarzyła mi się z tym latem, a tak wiele dla mnie znaczy. To był największy turnus tego lata - 270 dzieciaków plus wychowawcy i cała obsługa campu, łącznie jakieś 350 osób. Ledwo ich pomieściliśmy w kręgu ogniska. Pożyczyłam gitarę od Australijczyka Shakes`a i gdy przyszła moja kolej, dostałam takiej tremy, że myślałam, że tego nie opanuję. Nawet teraz pocą mi się ręce, gdy to piszę. Powiedziałam do wszystkich: "Pierwszy raz występuję przed publicznością 350-ciu osób i trochę się denerwuję, ale tylko trochę. Jeśli więc usłyszycie jakiś zgrzyt, to mi wybaczcie". Ludzie zaczęli się śmiać, a potem zapadła absolutna cisza. Potwornie trzęsła mi się noga i myślałam, że upuszczę gitarę. Nie miałam mikrofonu, więc musiałam być na tyle głośna, żeby wszyscy mnie usłyszeli. Zaczęłam grać i śpiewać i wszyscy zamarli. Opanowałam się. Gdy skończyłam, rozległy się tak głośne brawa, jakich nigdy nie dostałam. Co za uczucie! Po mnie ktoś tam poprowadził parę zabaw, a na koniec jeszcze ja poprowadziłam moją ulubioną z campu Bothin - Let me see your... Byłam już dużo bardziej ośmielona, więc poszłam na całość. Ludzie tarzali się ze śmiechu. Teraz już cały camp mnie znał. Następny dzień zaczął się niezbyt przyjemnie. Chłopcy jeszcze przed śniadaniem zaczęli obrzucać dziewczyny balonikami z wodą. A 8 rano wcale nie było ciepło. Tamtego dnia przebierałam się jeszcze ze 4 razy. A w chłopców jakby coś wstąpiło. Nie darowali żadnej dziewczynie - ani opiekunce, ani kolonistce. Wieczorem dyrektor campu, B`Dawg, oznajmił, że jeśli ci, co zachowywali się najagresywniej, nie ujawnią się, to chłopcy nie wezmą udziału w wieczornych zajęciach. Początkowo nikt się nie przyznał, więc B`Dawg kazał im się rozejść. Dopiero gdy dziewczyny usilnie zaczęły skandować, poskutkowało. Bez nich zajęcia w ogóle by się nie odbyły, bo miała się odbyć gra pt. wojna płci. Wojna płci się odbyła i było przezabawnie. Dwa dni później dziewczyny dokonały aktu zemsty na chłopakach. Odbyła się bitwa na balony z wodą, mąkę i piankę do golenia. Wszyscy wyglądaliśmy po niej jak nieboskie stworzenia. Zabawa była przednia, ale zaraz po niej, brudni, musieliśmy iść na popołudniowy blok zajęć. Akurat trafiłam na popołudniowe gry aktorskie, które tym razem poprowadził B`Dawg. Nasz dyrektor campu skończył studia aktorskie i występował na Broadway`u. Zajęcia okazały się mistrzowskie, ależ było śmiechu! Wieczorami dzieci miały zwykle wspólne zajęcia. Raz była to Casino Night, czyli noc w campowym "kasynie". Innym razem survivor night, czyli "noc przetrwania". Brałam w tym wszystkim udział, nadzorując dzieci. Było super. Dziewczynki z mojej kabiny miały 9-11 lat. Jak już wspomniałam, ten wiek najbardziej mi odpowiada. Lubiłam je, choć były rozpuszczone jak dziadowskie bicze. Jedna wiecznie narzekała, druga wciąż powtarzała, jaka to jest sławna. "A ja grałam w serialu xx (tu padał tytuł serialu, który nic mi nie mówił). Pamiętasz ten odcinek, gdzie siedzi przy stole dziewczynka z ręcznikiem na głowie i bawi się koralikami? To właśnie byłam ja." Nawet nie dała mi powiedzieć, że zupełnie nie wiem, o czym ona mówi... W czwartek wieczorem moje dziewczynki były z jakiegoś powodu bardzo podekscytowane. Było już przed 23:00, a one chichotały i gadały. Ja za to byłam wyjątkowo zmęczona. W końcu powiedziałam im, że zaśpiewam im kilka piosenek, jeśli będą cicho. Dały się przekupić. Robiłam to już na campie Sugar Pine i skutkowało. Tutaj też zadziałało. Dzieci zasnęły mi dobrze po 23:00. O północy obudziło mnie wycie syren. Przestraszyłam się nie na żarty. Musiałam w parę minut zebrać całą kabinę dzieci i udać się z nimi do hot zone. Walczyłam z sennością. Byłam nieprzytomna i zła. Przecież tyle co udało mi się uśpić dziewczynki! B`Dawg ponownie przemówił przez mikrofon. Mówił coś o niespodziance i o tym, że warto zaczekać i nie wracać do łóżka. "Jeśli to gra nocna, to ja odpadam" - pomyślałam. Żadna z moich dziewczynek nie zdecydowała się iść spać. Musieliśmy przespacerować kilkaset metrów. Już z daleka było widać srebrną rakietę i słychać dziwne dźwięki. Doszliśmy na miejsce przez srebrny korytarz i zobaczyliśmy stoły, a na nich góry... słodyczy pod każdą postacią! Najbardziej podobała mi się fontanna z białej czekolady, w której można było zamaczać np. truskawki. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej widziałam większą łakociową wyżerkę.. A więc to była Midnight Delight, o której mówiło kilka dziewczynek dzień wcześniej. Nie wiedziałam o co im chodziło. Jeden z chłopców, Anton, powiedział, że przygotowywali tą ucztę od południa... Bardzo żałowałam, że nie wzięłam aparatu. Nasze śniadanie było przesunięte na godzinę później... J Ostatni dzień turnusu to były pokazy tego, co dzieci dokonały w ciągu tygodnia na campie - show kaskaderskie, występy tańczące i śpiewające, pokaz mody itd. Wieczorem była ceremonia zamykająca. Utworzyliśmy 1 krąg, te ponad 300 osób, zgasły światła i zostały tylko świeczki... Krąg świeczek. W sobotę rano, dzień wyjazdu podopiecznych, miałam świadomość, że to już prawie koniec. Co niektórzy wyjechali jeszcze przed śniadaniem, bo mieli loty, więc nie zdążyliśmy się pożegnać - szkoda. Nas, counselorów, czekał dzień intensywnego sprzątania w jeszcze bardziej intensywnym słońcu. Na sam koniec byłam wykończona, i smutna zarazem. Kończył się czas pracy i poczucia względnego bezpieczeństwa, a zaczynało się nieznane. Czekałam na podróże z niecierpliwością, ale bałam się trochę. Mogłam tylko ufać, że będzie dobrze. Tymczasem ostatniej nocy na campie czekało mnie ostatnie Staff party... ENGLISH: For the New session I had to move from the cabin 12 to the cabin 9, which meant lifting my suitcase 30 m up the hill. I had to say bye to my Aussie cabin mates thus I started to live with Lyric - an English girl from Colchester. We quickly started getting along really well and we found out that we have a lot of things in common. Her accent used to remind me of my best friend Sarah so it was nice to listen to her talking. We lived with 10 campers in one cabin there. At this camp counselors live in one cabin with campers and they share rooms with them. Thus, above me, next to me and all around there were beds of the kids, which from one hand used to give me less privacy. From the other hand though, I was just right next to them if they needed me. On the day of the campers arrival there was set a blown Castle with a chut straight into the water. The was also a huge version of twister game and a large mattress. Each of the counselors had a specific role on that day. I was supposed to entertain the kids in the field. There was a 7-, maybe 8-year-old girl in the field there who came up to me and started chatting. She wouldn`t stop talking, she was so cute and sweet. Altogether we were dancing and jumping on the twister mattress. While the kids were asking the little girl to roll the twisters circle, I looked for a moment somewhere else. When I looked back towards the twister area, the little girl was in tears. I found out the twisters circle fell off straight onto her head. I took her quickly to the health center, she was a bit bleeding from the back of her head. I managed to calm the girl a bit down, but the nurses faces didn`t look promising. After they cleaned up the head though, we found the scratch was not as bad as it looked. After everything one of the nurses asked me where I was from, as I was still new at that camp. "I`m from Poland" - my answer was. The little girl suddenly cheered up and she said: "Hehe, my parents are Polish!". I thought I would pass off. "So you understand Polish?" - I asked her in Polish, and her answer was: "uhuh, TAK", which meant "uhuh, YES" in my native language. From then me and Ania were like best buddies there at camp. Every time she saw me, she would run to me and would give me a big hug. If she was somewhere further, but she was seeing me, she would yell: "Cześć", which means "Hi!" in Polish. I can`t even explain how much joy that child had given to me. In the evening we were going to officially welcome the new session kids. Each specialty was doing a mini show and after that there was a camp fire. During the camp fire the counselors representing their nationalities, were supposed to show something from their country. We had a lot of British, Americans, a couple of Canadians, quite a few Americans, but I was the only Polish. The other Polish girl, Kasia, working at the camp kitchen, was having a day off then. I thought I would sing a Polish song "Moi przyjaciele" ("My friends"), which so much used to remind me of the summer and so much means to me. It was the biggest session that summer, 270 kids plus the counselors and the support staff, altogether 350 people. We barely managed to fit them in the camp fire area. I borrowed a guitar from an Aussie guy - Shakes, and when it came to my turn, I thought I would die. Even now my hands are sweaty when I think about it. I said to everybody: "For the first time I`m going to sing in front of such a huge audience, 350 people, and I`m a little bit nervous, just a little bit though. If you hear something like "eeeeek", forgive me then". People started laughing and then there was an absolute silence. My leg was shaking horribly and I thought I would drop the guitar. I did not have a microphone thus I had to sing loudly enough so everybody could hear me. I started playing the guitar and singing and I felt like everyone stopped breathing. I managed. When I was done, I heard an applause I had never gotten in my entire life. What a feeling! After me some people leaded on certain games and in the end I leaded on my favorite game-song from camp Bothin - let me see your... I was being much more brave now and I went for it. People were rolling on the floor. Now all the camp would know me. The next day did not begin too nicely. The boys would start throwing water balloons into girls from the early morning. And at 8 am there wasn`t too warm at camp. On that day I would change my clothes 4 times. And the boys were being like evil. They wouldn`t let stay dry neither a female camper or a female counselor. In the evening the camp director, B`Dawg, said that if the people who were acting most aggressively did not show up and apologize, none of the guys would have participated in the evening activities that night. Firstly nobody would apologize thus B`Dawg would tell them to go back to cabins. After the girls started protesting for a while, it worked. Without the guys the evening activity wouldn't have happened at all, as there was supposed to be a game girls vs boys. The "war" happened and it was amusing. Two days later the girls made a revenge on guys. We had a fight with the water balloons, flour and shaving foam. Everyone looked ridiculous after that. It was an awesome fun but after the fight, super dirty, we had to go straight to the afternoon activities. I had acting games that afternoon, which this time were provided by B`Dawg. Our camp director did Drama/Acting studies and used to be a Broadway actor. The activity was amazing, and I had a lot of good laughter. In the evenings the kids would usually have special activities altogether. Once it would be a Casino night. Another time it would be a Survivor night. I took part in all of them, counseling the kids. That was fun. The campers from my cabin were in the age of 9-11. As I said before, this age suits me the best. I liked those girls, even though they were super spoiled. One of them used to complain about everything, another used to tell me how famous she was. "I was playing in a series xx (and here she mentioned a title that wasn`t telling me anything). Can you remember the episode where there was a girl with a towel on her head, sitting by the table and playing with beads? That was me". She wouldn`t even let me tell her that I had no clue what she was talking about... On Thursday night my campers were for some reason really excited. It was almost 11 pm, and they would laugh and chat. And I was ridiculously tired. I finally told them that I would sing them a few songs if they were quiet. They went for it. I used to do it at camp Sugar Pine and it worked. Here it did too. The kids fell asleep well after 11 pm. At midnight I was woken up by the fire alarms. I had to get my kids within a couple of mins and take to the hot zone. I was fighting with sleepiness. I was almost unconscious and angry. I just barely managed to get the girls go to beds! B`Dawg said to the microphone something about a surprise and that it would be worth to stay and not go back to bed. "if it`s a night game, I`m not in" - I was thinking. None of my girls decided to go back to sleep. We had to walk a few hundred meters. Already from a further distance we could see a silver rocket and weird sounds. We got to the place walking through a silver hall and then we saw the... tables full of candies and sweets! I liked the white chocolate fountain, which you could put the e.g. strawberries in. I do not know if I had ever seen a bigger candy party... so THIS was the Midnight Delight that some of my campers were talking about the day before. One of the guys, Anton, said that they had been preparing it since the noon. I really wish I could have had my camera with me. We had our breakfast an hour later... The last day of the session was based on showing what the kids had achieved during that week spent at camp - stunts show, dancing and singing shows, fashion show etc. At night we had a closing ceremony. We made one circle, over 300 people, other lights were switched off and the only light was made by candles... A circle of candles. Beautiful. On Saturday morning, on the day of campers departure, I started realizing that it was almost an over. Some people left already in the early morning, before the breakfast, so we couldn`t say goodbye to each other - a pity. Us, counselors, were going to spend the last day at camp on strong tidying it up in even a stronger sun. By the end of that day I was exhausted, and sad at the same time. The working time was going to finish and with that my sense of security, and something new was beginning. I was really looking forward to my travels, but they were also making me a bit scared. I could only trust that everything was going to be ok. Anyway I was going to spend the last night at camp on staff party... More thumbnails ...
a night off
POLSKI: Raz na 2 tygodnie, mieliśmy na campie cały wieczór wolny, całe 6 godzin. Ja na camp przyjechałam 3 dni wcześniej i już miałam wolne, na które inni czekali od dwóch tygodni. Noc była szalona, i zwierała: zakupy w hipermarkecie, obiad w restauracji, drinki w pubie oraz dla co niektorych - kino. Wrócilismy jakoś przed 1:00 w nocy. Ha! ENGLISH: Once in 2 weeks, we used to have an evening off from camp, for the whole 6 hours. I had arrived to the camp 3 days before and already had the time off, that others had been waiting for 2 weeks. The night was a madness, and included: shopping in a mall, a dinner at a restaurant, drinks at a pub and for some of us - a movie theatre. We got back to camp at 1 am. Ha!
A meeting with agents in Hollywood
POLSKI: Dzieci ćwiczyły swoje monologi przez ostatnie 2 tygodnie, żeby wypaść jak najlepiej na swoim występie przed agentami. W Hollywood było gorąco jak w piekle, a musieliśmy czekać na dworze na swoją kolej przez więcej niż 1,5 h. Gdy w końcu weszliśmy do studia, było po 13tej. Każde z dzieci stawało przed kamerą i mówiło swoją kwestię. Oglądało ich i słuchało trzech agentów z agencji aktorskich. Jeżeli jakieś dziecko by się spodobało, mogłoby zyskać agenta i rozpocząć karierę aktorską. A muszę przyznać, że parę dzieciaków z naszej grupy było naprawdę dobrych. Ogólnie Hollywood, tak jak się spodziewałam, nie zachwyciło mnie. W drodze powrotnej zgarnęliśmy fashion institute z dzielnicy "ciuchów", bo dzieci z tamtej grupy były na pokazie mody. Wróciliśmy na camp około 17:30, przy czym przespałam całą drogę powrotną. ENGLISH: Our kids had been practicing their monologues for the previous 2 weeks, to show themselves in the best way in front of the agents. In Hollywood there was hot like in a hell, and we had to be waiting outdoors for about 1,5 hour. When we finally entered the studio, it was after 1 pm. Each of the kids would stand in front of a camcoder and would say a monologue. 3 agents would be watching and listening to them. If a kid was liked, he/she could have got an agen and start an actors career. And I must admit, that a couple of the kids from our group were really good. All in all Hollywood, just like I expected, didn`t fascinate me. On our way back, we picked up the fashion institute from the "clothes" district, because the kids from that group went to a fashion show. We got back to camp around 5:30 pm, and I had been sleeping for all the journey back. More thumbnails ...
Adventure at Pali camp - week 1st
POLSKI:
Przyjeżdżając na camp Pali, wiedziałam, że będzie się on różnił od
trzech pozostałych campów amerykańskich, na których byłam. Nie nie
zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Choćby taki "drobiazg" jak jedzenie.
Nie cierpię amerykańskiej kuchni - jest tłusta, mięsno-frytkowa i albo
przesolona, albo przesłodzona. A sól zatrzymuje wodę w organiźmie.
Ciało zaczyna "puchnąć" i nagle stajesz się duży. Tutaj jedzenie było
naprawdę niezłe - w porównaniu do tego, które jadłam do tej pory.
Na śniadaniu każdy mi się przyglądał. Wiadomo - byłam nowa, obca. Każdy
chciał mnie poznać. Wszyscy mi się przedstawiali - milion imion za
jednym razem. Po
śniadaniu udaliśmy się na polanę. Tam dzieci rozdzielały się na
specjalności. Początkowo miałam pomagać grupie Ekstremalna Akcja
(Extreme Action), ale ktoś zmienił zdanie i wrzucono mnie do grupy
Akademii Aktorskiej (Acting Academy). Przewodził jej Spike, czyli aktor
Lawrence Mintz. Larry grał m.in. w filmach The Night Before z Keanu
Reeves`em czy Tough Guys z Kirkiem Douglasem. Zanim przyjechałam na
camp, nie kojarzyłam go. Zostałam jego asystentką w zajęciach
aktorskich, razem z Producem czyli Anthonym z Portland w stanie Oregon.
Gdy Larry usłyszał, że jestem z Polski, powiedział coś, co brzmiało
jak: "Znam Dżersi Gratauski". "Kogo?" I nagle zapaliła mi się
żaróweczka: Jerzy Grotowski, oczywiście! A Larry mi na to: "poznałem go
osobiście, był moim guru, gdy zaczynałem przygodę z teatrem". Szczęka
opadła mi do ziemi i nie mogła się podnieść. Grotowski jest jedną z
kultowych postaci mojego miasta - Opola, ale przede wszystkim polskiego
teatru. W Opolu założył słynną grupę aktorską, jego pomnik stoi przed
moim uniwersytetem. Uczyłam się o nim m.in. na zajęciach z teatru, moja
babka z teatru ma na jego punkcie hopla! A tu, na drugim końcu świata,
facet mi mówi, że nie dość, że go znał, to jeszcze zaczynał od jego
teatru awangardowego całą swoją aktorską przygodę!
Zajęcia, które poprowadził Larry, były fantastyczne. Jedno z pierwszych
ćwiczeń polegało na tym, że jedna niższa osoba stała za drugą, wyższą,
tak, że nie było jej widać i użyczała tej z przodu swoich rąk. Larry
wziął mnie do roli z przodu i miałam pokazać totalne przerażenie,
jakbym zobaczyła wampira, potwora... po polsku! Musiałam więc odegrać
emocje, bo oczywiście nikt mojego ojczystego języka nie znał. Chyba
wyszło mi dobrze, bo i dzieci, i Larry, zaczęli mi bić brawo. Potem
jeszcze miałam być gwiazdą hip hopu, 2-letnim dzieckiem, histerycznie
śmiać się i zaraz potem płakać, być divą operową i aktorem
elżbietańskim z czasów Szekspira.
Potem jeszcze była gra autostopowicz, który miał dosiaść się do
"samochodu" z 4 osobami "w środku". Miał to być silny charakter, który
reszta pasażerów miała zacząć naśladować. Odegrałam rockową babkę,
która właśnie wraca z Wookstocku, i jedzie na Jamajkę, żeby spotkać
Boba Marley`a. Gdy skończyliśmy odgrywać scenkę, Larry zapytał: "Lubisz
Boba Marley`a?" "Uwielbiam" - odparłam szczerze, a on na to: "Poznałem
go 35 lat temu..." Ten facet mnie rozwala!
Gry teatralne trwały do południa. O 12 mieliśmy lunch, , a po nim
poszłam na górę się spakować i przenieść się do kabiny zamieszkanej
przez dzieci i dwójkę innych counselorek. Trochę bałam się tego
spotkania, bo już wieczór wcześniej i do południa mogłam zobaczyć, jaka
rewia mody panuje na tym campie. Chłopiec 12-letni z fryzurą (jak?) od
Pierre Cardin, 14-letnia dziewczynka ubrana jak gwiazda rocka z
niecodziennym kolorem włosów na głowie. Im bardziej ekscentrycznie, tym
lepiej. Generalnie zasada tutaj jest taka, że od wyglądu
kolonisty(-tki) odejmuje średnio 3-4 lata, żeby znać prawdziwy wiek
dziecka. Są tu też dzieci tzw. Celebrities, które na campie chca być po
prostu dziećmi. Zdarza się też na odwrót. Dziecko tak bardzo chce być
sławne, że robi wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Na lunchu Larry przedstawił mnie Kasi – Polce pracującej w campowej
kuchni. Rzuciła mi się na szyję, jakby spotkała dawno nie widzianą
przyjaciółkę. Od razu poczułam się lepiej. Przyjechałam w końcu w obce
miejsce, ludzie pracowali tu ze sobą od 10-ciu tygodni, a ja nie znałam
nikogo. Do tego na moich obozach harcerskich nie było żadnych Polaków.
Całą swoją kulturę i nawyki albo musiałam opowiadać, tłumaczyć, albo po
prostu stwierdzano, że tak już mam, bo np. jestem z Polski. A tu
pojawiła się osoba, z którą nie tylko mogłam pogadać w ojczystym języku
(takich błahostek się nie odczuwa, dopóki nie jest się długo na
obczyźnie), ale to właśnie ona przybliżyła mi zasady i życie nowego
campu. Myślałam, że przetarzam się po ziemi, gdy Kasia powiedziała
mi, że jest z Wrocławia. Przecież to 90 km od mojego domu, a poznałyśmy
się na drugim krańcu świata! W przypadki przestałam wierzyć już jakiś
czas temu.
Tymczasem Banja zabrała mnie do mojego nowego miejsca zamieszkania –
kabiny nr 12. Banja oznajmiła dziewczynkom: przywitajcie swoją nową
opiekunkę. Dziewczynki mocno mnie przytuliły, były bardzo serdeczne.
Jedna z counselorek z mojej kabiny – Vogue z Australii – również mnie
miło przywitała. Wyjaśniła mi plan dnia. Druga z moich nowych
współlokatorek – Clutch – miała akurat swoją przerwę. Chciałam
opiekować się dziećmi w wieku 10-12 lat, bo z takim wiekiem najlepiej
mi się pracuje. Zwykle nie muszę powtarzać 30 razy co mają robić, tak
jak to ma miejsce u większości 6-8-mio latków. Są też od nich bardziej
samodzielne. Nie mają jeszcze zwykle dużych zmian hormonalnych, czyli
brak huśtawek nastrojów, godzin spędzonych przed lustrem na makijażu.
Dziewczynki z mojej kabiny uczestniczyły w różnych programach
specjalnościowych, np. w sportach wodnych, instytucie mody, akademii
tańca, sportach ekstremalnych, jeździectwie itp. Na campie mieliśmy
dzieci z całego świata. Jedna z „moich” dziewczynek przyjechała na camp
z Japonii. Zastanawia mnie gdzie, w tak młodym wieku, te dzieci
nauczyły się angielskiego?
Po południu dzieci udawały się na polankę. Tam wybierały sobie jakieś
zajęcia, w których chciały uczestniczyć do kolacji, bez względu na to
jaka była ich specjalność przedpołudniowa. Od 17 do 18 był czas na
prysznic dla wszystkich dzieci, następnie dinner, czyli obiadokolacja.
O 19:15 wszyscy spotykali się pod sceną koło stołówki, tzw. Hot zone
(gorącej strefie). Czas zacząć wieczorne zajęcia. Była np. noc
Halloween. Generalnie była to gra nocna z potworami (counselorami)
straszącymi dzieci. Dzieciaki były przerażone – buchał sztuczny dym,
specjalne światła i dźwięki. Na „pocieszenie” na każdym punkcie
dzieciaki dostawały słodycze, i to nie byle jakie. Na koniec gry była
zabawa taneczna, po której część counselorów musiała zostać i
posprzątać. Counselorzy byli podzieleni na 2 grupy i tymi grupami mieli
na przemian wolne albo po południu, albo wieczorem. Mój pierwszy
wieczór wolny na tym campie spędziłam rozmawiając z Kasią. Od dwóch
miesięcy nie rozmawiałam po polsku i zaczęłam zapominać zwrotów i słów.
Kaśka miała z tego niezły ubaw. Wrzucałam takie hasła jak np. złamać
szybę i okazało się, że używam nadzwyczaj dużo zaimków osobowych, typu
ja poszłam, ja myślałam, ja nie wiedziałam itp. W polskim przecież
często używa się zaimków domyślnych. Ale Kaśka, studentka V roku
Filologii Polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim robiła dokładnie to
samo co ja ha!
Kasia opowiedziała mi wiele o tym campie. Stwierdziła np., że powinnam
być z siebie dumna. Ten camp praktycznie nigdy nie zatrudnia nie
anglojęzycznych wychowawców. Faktycznie, byłam tam jedynym counselorem
z kraju, w którym językiem urzędowym nie jest angielski.
Kasia uświadomiła mi też, że camp Pali to drugi najpopularniejszy i
najbogatszy camp w Stanach. Jakoś mnie to nie zdziwiło. To, co dzieci
tu robią i jak camp wygląda, przechodzi ludzkie wyobrażenie. Ma to
jednak i swoje minusy. Dzieci są bardziej rozwydrzone, na więcej sobie
pozwalają. Jak na razie jednak, podobało mi się. ENGLISH:
Coming over the Pali camp, I knew it Gould be different than 3 other
camps I had been to before. I just did not realize it would be
different that much. Lets say a trifle like food. I hate American food
– it`s greasy, meat- fries combination, everything in general either
too salty or too sweet. And salt hold water in body. The body starts to
“swell” and you become big. Here at camp the food was really not bad
comparing to the one I had been eating by then.
At breakfast time everyone was observing me. Obviously, I was new, a
stranger. Everyone wanted to get to know me, all the people would
introduce themselves to me – a million of names at one time.
After the breakfast we went to the field. There kids we`re spread into
specialties. I was supposed to be put into the Extreme Action first,
but then somebody decided throw me into the Acting Academy group. In
charge of that group was Spike, known better as an actor Lawrence
Mintz. Larry starred movies such as The Night Before with Keanu Reeves
or Tough Guys with Kirk Douglas. Before I came over camp, I wouldn`t
have known his name. I became Larry`s assistant altogether with Anthony
aka Produce from Portland, OR. When I told Larry that I was from
Poland, he said something that I understood as “I know Jersey
Gratauskey”. “Whom?”. And then something like a lightbulb switched on
in my mind: Jerzy Grotowski, of course! And then Larry said to me: “I
met him in person, he used to be my guru when I was starting my
adventure with the theatre”. I opened my mouth widely and couldn`t
close it for a while. Grotowski is a cult person in my home town –
Opole, by especially one of the gurus of the Polish theatre. He found
an acting group in Opole there, and his monument stands in front of my
uni. I used to study about Grotowski at my uni, and my theatre tutor is
crazy about him! And here, in the other end of the world, a guy is
telling me that he didn`t only met Grotowski in person, but started his
adventure of acting with the vanguard theatre!
The acting classes provided by Larry were fantastic. One of the first
exercises I saw was about two people. The shorter one would be standing
behind the taller one (so no one would see himher from behind the
taller one) and would lend his hands the person standing in the front.
Larry had myself to stand in the front and show an emotion like I saw
something totally frightening, such as a vampire or a monster… in
Polish. I obviously had to show my emotions as nobody knew my mother
language. I reckon it came out pretty well, because Larry and kids
started clapping in their hands. After that I had to become a hip hop
star, and 2-year-old child, histerically be laughing, then crying, then
an opera`s diva, then a Shakespearean actor from the XVIIth century.
Then there was a hitchhiker game that was supposed to sit in a “car”
with 4 other people. The hitchhiker had to be a strong character as the
rest of the passengers were supposed to be copying his behavior. I
became a rock woman that was just heading back from Woodstock and going
to Jamaica to meet up with Bob Marley. When we were done with the game,
Larry asked me: Do you like Bob Marley? “I love him!” - I answered
honestly, and then he said:“I met him 35 years ago…” This guy is just
incredible! At
lunch Larry introduced me to Kasia – a Polish girl working at the camp
kitchen. She`d hang out of my neck like she`s met a friend that she
hadn`t seen in a long time. I started feeling better straight away. In
the end of the day, I came over to a strange to me place, where people
had been working with each other for already 10 weeks, and I didn`t
know any single person. Moreover I was the only Polish even at the
girls scout camps where I had worked before. I had to talk, explain to
people my culture, or people claimed that they way I am is just because
of the way I am, or eventually because e.g. I was from Poland. And
suddenly there appeared a person who not only does speak in my mother
language (such details you won`t feel until you have been apart from
home for a long time) but also she told me about the rules and stories
from the new camp. I thought I would rotfl on the floor when Kasia told
me that she is from Wroclaw. She lives like 90 km apart from me and we
met each other in the other end of the world! I stopped believing in
coincidences some time ago.
Anyway, Banja took me to my new place of living – the cabin No.12.
Banja said to the campers: welcome your new counselor. The girls gave
me a big hug, they were really warm hearted. One of the counselors from
my cabin – Vogue from Australia – also made me feel nicely welcome. She
explained to me the daily schedule at camp. My another cabin mate –
Clutch – had her break at that time.
I wanted to get kids in the age of 10-12 because that age I can work
the best with. I wouldn`t have to repeat everything 30 times like it
mostly happens with 6-8 years old. They are more independent than the
younger kids.They also usually don`t have huge hormonal changes yet, so
no ever changing mood, hours spent on doing make up etc. The girls from
my cabin used to participate in different specialties, e.g. water
sports, fashion institute, dancing academy, extreme action, horseback
riding etc. At camp we had kids from all over the world there. One of
“my” girls came over camp from Japan. I`m curious, where, in such a
young age, tthose kids managed to learn English so well?
In the afternoon campers would go to the field, to the electives. They
would choose an elective every day, what they wanted to do, no matter
what was their specialty before the noon. From 5 to 6 pm there was a
shower time for all campers, and then a dinner.
At 7:15 pm everybody used to meet up at the hot zone, which was a stage
in front of the dining hall. For instance, one of the nights was a
Halloween night, which was a night game making kids freaked out by
creepy dressed up counselors. The kids were truly frightened – reek,
creepy lights and sounds. To make the kids feel better, at every point
they would get some candies. At the end of the game there was a dance
party, which some of the counselors had to clean up after. The
counselors were spread into 2 groups and by those 2 groups they`d have
their time off – either in the afternoon or at night. My first
evenining off I spend chatting with Kasia. I hadn`t spoken Polish in 2
months and I started to forget some phrases and words. Kasia would make
fun of me because of that. I started to translate everything literally
from English to Polish, and some parts sounded just hilarious if not
prefetic. But Kasia, a student of Polish studies, would do exactly the
same!
Kasia told me a lot about this camp. She said e.g. that I should be
really proud of myself because usually this camp doesn`t hire
non-English native speakers for counselors. In fact, I was the only
counselor from a country where English is not an official, native
language. Kasia also told me that Pali is the second most popular and
second reachest camp in America. It didn`t surprise me somehow. What
the kids do in here and how the camp looks like is just hard to
imagine. It has bad sites as well. The kids are more spoiled, they have
a permission for more things. So far though, I had really liked that
camp. More thumbnails ...
Welcome to Pali Overnight Adventures
POLSKI: Gdy
wjechaliśmy na camp, było już całkiem ciemno. Nie mogłam więc zbyt
wiele zobaczyć. Uderzył mnie jednak fakt, że camp był za żelazną bramą
z kodami, strzeżony niemal jak Alcatraz:o). I mieli zieloną trawę! yay!
Wysiadłam z auta i zobaczyłam paru chłopaków - counselorów. Wchodząc do
stołówki, gdzie mieściło się też biuro, minęłam wielką figurę kelnera.
Szczerze mówiąc, trochę mnie przestraszył, bo w ciemnościach, od tyłu,
wyglądał jak człowiek. Jedne z pierwszych osób, które poznałam, byli
Rambo i Banja. Banja pomogła mi wrzucić bagaż po schodach na górę.
Poznałam też Geezę. Nie uderzył mnie jego uroczy angielski akcent, a co
innego. Gdy go zobaczyłam, omal nie wyrwało mi się Rhy... yyy to znaczy
jak masz na imię? Mimika twarzy, gesty, zachowanie, ale przede
wszystkim głos przypomniały mi o Rhysie, moim koledze z Walii.
Prześmieszne! Gdy weszłam do stołówki, wyrwało mi się "wow".
Przytulne pomieszczenie z drewnianymi ścianami, a na nim wielkie
zdjęcia kolonistów. Mój pokój nad stołówką również wyglądał bardziej
jak hotel niż jak obóz dla dzieciaków. Byłam wykończona całym dniem w
podróży. Zanim poszłam pod prysznic, natknęłam się jeszcze na B`Dawg`a
- dyrektora campu. Był bardzo miły i miał silny uścisk dłoni. Po
ciepłym i rozkosznie miłym prysznicu, rzuciłam się na ogromne łóżko.
Spałam jak niemowlę do 7:30 rano.
ENGLISH: It was completely
dark when we were entering camp. Thus I couldn`t see too much. There
hit me a fact that the camp was behind an iron gate with codes, almost
like in Alcatraz:o). And they actually had a green grass! yay! I got
off the car and noticed a few guys - counselors. Coming in the dining
hall, where also was the camp office, I passed a shape of a huge
waiter. Frankly, I freaked out for a moment as in the dark, from
behind, he looked like a real person. First people I met was Banja and
Rambo. Banja helped me out with carrying my luggage up the stairs. I
also met Geeza. not his lovely English accent paid my attention, but
something different. When i saw him first, I caught myself on saying
Rhy.... ummm I mean what`s your name? The mimicry of his face,
behavoiur, and especially voice would remind me of my Welsh mate -
Rhys. Hilarious! When I coming in the dining hall, I said wow. A cosy place with wooden walls and grand pictures of campers on them. My
room above the dining hall also reminded me of a hotel rather than a
camp. i was exhausted by the whole day of travelling. Before I went to
the shower, I had bumped into B`Dawg - the camp director. he was really
nice and had a strong hand shake. After a warm and delightfully nice
shower, I threw myself on a large bed. I slept like a baby until 7:30
am.
10 hours of journey to southern California...
POLSKI: Wstałam o 6:30 rano, zniosłam bagaz na dół i o 7:00 był czas ruszać w drogę. Krzyknęłam: "Dziewczyny, wyjeżdżam" i parę z nich zbiegło na dół po schodach, żeby mnie pożegnać. Buttercup nadal spała, więc poszłam ją obudzić i powiedzieć "do zobaczenia". To jedna z najmniej zepssutych osób jakie znam. Ją i jeszcze co najmniej kilka osób ciężko było mi żegnać. Ostatni widok na mgłę okalającą Golden Gate Bridge, ale o dziwo - słońce w mieście, palmy, wieżowce (wśród których oczywiście Gizmo musiała zgubić drogę:o)) i... byłam na dworcu autobusowym Greyhound w San Francisco. Poranne korki nie były tak duże jak przewidywałyśmy, więc byłyśmy na dworcu szybciej - o jakąś godzinę. Dworzec autobusowy z zewnątrz wyglądał jak przejście podziemne, więc zwątpiłam, czy jestem we właściwym miejscu. "tak, to tutaj" - odpowiedziała na moje pytanie Gizmo. Pożegnałam się z ostatnią osobą z campu Bothin. Gizmo odjechała, a ja zostałam sama ze sobą. Przy kasach okazało się, że moja walizka waży o 6 kg (11 lbs) za dużo. Po dłuższej kłótni z obsługą (kobieta była nieprzyjemna), że nie będę płacić za nadbagaż, bo to nie samolot, pani raczyła mi powiedzieć, że mogę dokupić torbę i rozparcelować rzeczy na 2. Miałam prawo do 4 toreb, każda max. 50 lbs (czyli ok. 22 kg). Chciałam pokazać jej język, bo w walizce trzymałam dodatkową torbę. Mogła mi o tym od razu powiedzieć, lol! Gdy wsiadłam w autobus do Los Angeles, włączyłam sobie CD player i zaczęłam czytać wpisy od ludzi z campu w moim pamiętniku. Usłyszałam piosenkę o słowach: "Chcę do jedynego miejsca na ziemi, gdzie problemy przestają mieć znaczenie..." i popłakałam się. Te ostatnie dwa miesiące były dla mnie czasem, którego nie zapomnę. Poznałam cudownych ludzi. Jadąc na camp, nie wiedziałam jak to będzie, gdy wrzuci się na odseparowany od cywilizacji (trochę dramatyzuję) obszar 20 dziewczyn. Nie wiedziałam jak to jest żyć, powiedzmy, nie-koedukacyjnie. W Polsce obozy harcerskie są zwykle koedukacyjne. Było to jedno z najlepszych doświadczeń mojego życia, no i w końcu nie byłysmy aż tak z dala od cywilizacji;). Camp Bothin jednak tak różny od Campu Anne, na którym byłam 2 lata wcześniej, że czułam się, jakbym brała udział w zupełnie innym programie, innym kraju. Czekało mnie 10 h podróży, z przesiadką w Los Angeles, do San Bernardino. Wybrałam autobus, bo po pierwsze - chciałam zobaczyć Californię. Gdybym leciała, nie byłoby to możliwe. Po drugie, ta opcja była tańsza. Jechałam przez góry, lasy palmowe, plantacje winorośli, ale też niemal pustynie. Im bliżej byłam Los Angeles, tym było goręcej. Różnica tempeatur między północną a południową Californią to min. 5 stopni Celsjusza. W Los Angeles musiałam czekać na przesiadkę przez około 1,5 godziny. Nie wychodziłam z dworca autobusowego, bo wokół niego jest raczej podejrzany obszar - slumsy itp. Na dworcu przysiadł się do mnie facet ok. 60tki. Od razu zaczął mówić. Opowiedział mi pół swojego życiorysu i o tym, że wybierał się właśnie autobusem do Teksasu - czekało go jakieś 30 h podróży. Amerykanie są niezwykle otwarci. Chyba nigdzie indziej nie znajdzie się tak rozmownych, a zarazem ekscentrycznych ludzi. Ku mojej uciesze, facet wiedział gdzie jest Polska. Gdy juz odchodziłam, dał mi swoją wizytówkę. Tak na wszelki, gdybym przypadkiem była w Teksasie. Chyba wzbudzam w ludziach zaufanie. I to raczej nie jest przejaw amerykańskiej życzliwości, bo propozycje dachu nad głową zdarzały mi się też w Europie, od zupełnie przypadkowych ludzi. W San Bernardino byłam punkt 8 wieczór. W autobusie mieli klimatyzację. Gdy wysiadłam, uderzyła mnie fala gorąca. Witamy w południowej Californii. Zaraz przy wyjściu z dworca czekał na mnie prawie 2-metrowy Carpo - programowiec obozowy z kitką na czubku głowy. Miły facet, zalałam go falą pytań o camp, a on spokojnie odpowiadał. Gdy wsiedliśmy do samochodu, Carpo powiedział do mnie: "Widzisz te światła na szczycie góry przed nami? Tam właśnie gdzieś jest nasz camp." Wprost nie mogłam uwierzyć, jak było gorąco, nawet o 9 wieczorem. Po jakimś odcinku prostej autostrady, zaczęliśmy jechać wokół góry. Zdążyło się już ściemnić i zobaczyłam... światła. Południowa California to w nocy feeria świateł, coś niesamowitego! Carpo zatrzymał się na chwilę gdy byliśmy juz prawie na szczycie. Dech mi zaparło. Zajęło nam godzinę, żeby dostać się z San Bernardino na szczyt góry Pali, wysokość 2000 m n.p.m., gdzie znajdował się cel mojej podróży - Camp Pali Overnight Adventures. Ogólnie cała podróż zajęła mi jakieś 14 h. Nie miałam pojęcia, jaki będzie ten camp, ale już przekraczając bramę z napisem "Witamy na campie Pali Overnight Adventures" wiedziałam, że to będzie coś. ENGLISH: I woke up at 6:30 am, took my luggage down the stairs and at 7 am it was time to leave. I yelled: "Girls, I`m leaving!" and a few of them ran down the stairs. Buttercup was still asleep so I went to wake her up and say "see you again" do her. She`s one of the least spoilt people I know. I found it hard to say goodbye to her and at least a few more people. The last look at the fog covering the Golden Gate Bridge, strangely enough - sun in the city, palm trees, high rises (in between them Gizmo, obviously, got lost :o)) and... i was already the the Greyhound coach station in San Francisco. The morning traffic jam wasn`t as bad as we thought it would be so we were at the station faster - about an hour. The Greyhound station looked from the outside like a subway so i started to doubt if I was in a right place. "Yes, it`s here" - confirmed Gizmo. i said goodbye to the last person from camp Bothin. Gizmo left I stayed by myself. When checking in, I found out my luggage was about 11 lbs too heavy. After a while of argueing with the service (the woman was rude), that I would pay for the extra luggage because it wasn`t a plane, the woman finally could be bothered to tell me that I if I had bought an extra bag, I would have been able to put my things into 2 bags. I was allowed to have up to 4 pieces of luggage, 50 lbs each. I wanted to show her my tongue, because I was keeping an extra bag in my suitcase. She could have told me about it straight away lol! When I set myself in the bus going to Los Angeles, I turned on a CD player and started reading camp people`s notes in my journal. I heard a song that`s words are: "I want to get to a one place on the Earth where problems stop to matter..." and I started crying. These lat 2 months have been to me a time that I will never forget. i met wonderful people. When going to camp, I didn`t know how it would be, to put 20 girls on a separated from civilization area (I`m making it a bit dramatic right now). I had no clue, how is living in, lets say, no coed lifestyle. The scout camps in Poland are usually coed. It was one of the best experiences of my life, and in the end of the day, we weren`t that far from the civilization;). Camp Bothin was so slightly different to Camp Anne where I had worked 2 years before, that I felt like I was participating in a different program, in a different country. I had to make 10 hours of journey to Southern California, with a change in Los Angeles, and my destination was San Bernardino. I had chosen a coach because in that way I was able to see California. If I had taken a plane, it wouldn`t have been possible. Besides, that option was the cheapest. I was going through the mountains, palm tree forests, grape-vine plantations, but also deserts. The closer Los Angeles I was, the higher was temperature. The amplitude in between Northern and Southern California is minimum 5 Celcius degrees. In Los Angeles I had to wait to change for about 1,5 hour. I wouldn`t leave the coach station as around it there is rather a dodgy area - slumses etc. At the station there sat next to me a guy in the age of 60`s. He started talking straight away. He told me about half of his memoir and about his journey to Texas - he was going to travel for the next 30 hours. Americans are vey open to people. You won`t probaly find such talkative and at the same time eccentric people anywhere else in the world. I was really happy to hear that the man knew where was Poland. When I was about to leave, he gave me his business card. Just in case is I was in Texas some time. I think I make people trust me. And this is rather not a sign of American kindness, home offers from random people have happened to me in Europe as well. I was in San Bernardino exactly at 8 pm. On the bus they had air conditioning. As soon as I got off the bus, a wave of heat hit me. Welcome to Southern California. Right next to the exit was standing 2 metres high Carpo - a program manager from my new camp with a pony tail on the top of his head. Nice guy, I kept asking him questions about the new camp and he`d answer all of them patiently. When we got into his car, Carpo said to me: "Can you see the lights on that mountain in front of us? Somewhere there is our camp." I couldn`t believe how hot was there, even at 9 pm. After a few blocks of driving on a straight highway, we started going around a mountain. It became already dark and i noticed... the lights. The Southern California at night is a playground for lights, amazing! Carpo stopped for a little moment when we were almost on the top of the mountain. The view was breathtaking. It took us about an hour to get from San Bernardino to the top of the Pali mountain, where was my final destination - camp Pali Overnight Adventures. Overall the entire journey took me about 14 hours. I had no idea what would be the camp like, but already passing the gate with a sign: "Welcome to camp Pali Overnight Adventures" I knew it would be something... [to be continued...]
Journey back to Bothin, day full of surprises
POLSKI
Musieliśmy
wstać o 6 rano, żeby pomóc spakować się dzieciom i posprzątać nasz
podobóz. Swoją drogą okazało się potem, ze nasz podobóz był
najczyściejszy. Mage na Bothinie pewnie by powiesiła listę rzeczy,
które nie były właściwie wykonane hehe. O
8 rano dzieci miały śniadanie, a około 10:30 wyjeżdżały. My
sprzątaliśmy jeszcze pozostałości, po czym byliśmy wolni. O 15, gdy już
mielismy wyjeżdżać, wsiadłam w samochód, na tylne siedzenie. Chciałam
położyć butelkę z wodą na ziemi i nie zdążyłam zapiąć pasów. Tiny
walnął w pień drzewa. Nie zauważył go. Walnęłam kością policzkową w
przednie siedzenie i strasznie zabolał mnie kark. Tylko ja nie
zdążyłam zapiąć pasów, ale na szczęście nie stało się nic groźnego.
Nadal bylismy na campie, środku lasu, więc Tiny jechał 10 km/h. Zaraz
przyniesiono mi lód na twarz i szyję. Auto miało lekko wgięty zderzak,
więc przez następną godzinę Tiny i Sunshine próbowali go trochę
naprostować.
Podróż
powrotna na camp Bothin zajęła nam jakieś 4 h, więc byliśmy tam po
20:00. Woda z prania po pobycie na Sugar Pine była brązowa, tyle tam
było pyłu. Poszłam do biura, żeby potwierdzić telefonicznie godzinę
odjazdu mojego autobusu do południowej Californii. Nagle za drzwiami
biura zrobilo się strasznie głośno. Nie mogłam usłyszeć, co mówiła do
mnie przez telefon obsługa klienta Greyhounda. Kiedy wyszłam z gabinetu
Idgie i Gizmo, pierwszą osobą, którą zobaczyłam, była... Blank!
Przecież ona już podróżowała po Stanach, więc co tu robiła? Rzuciłyśmy
się sobie na szyje. Zaraz po tym, jak zapytałam: "co u diabła tu
robisz?", zobaczyłam Mojo. Jeszcze większa niespodzianka. Prawie się
popłakałam. Dziewczyny stwierdziły: "Byłyśmy w San Francisco przez
kilka dni, ale bez was to nie było to samo. Za bardzo za wami
teskniłyśmy, więc wzięłyśmy 2 autobusy i taksówkę, żeby tu dojechać.
mamy nadzieję, że to do cholery docenicie!" O matko, ależ
niespodzianka! Szczerze mówiąc, to myślałam, że dziewczyny są już w Las
Vegas. Spędziłyśmy wszystkie razem wieczór na oglądaniu filmów na dvd.
Było dobrze po północy, kiedy zaczęłam się pakować. Dlaczego ja to
zawsze robię na ostatnią chwilę? Musiałam wyrzucić kilka ubrań, bo się
nie mieściły w walizce. Niby nie zabrałam z Polski zbyt wiele, ale jak
zwykle przybyło mi rzeczy. Gdy skończyłam, około 2:00 nad ranem zeszłam
na dół domku Little House. Razem z Buttercup i Sal oglądałam niebo - to
była noc deszczu meteorytów. Poszłam spać przed 4 nad ranem, a musiałam
wstać za 3 godziny... ENGLISH: We
had to get up at 6 am to help kids pack their stuff as well as clean up
our unit. By the way we found out later on that our unit was the
cleanest. Mage at Bothin would have hanged a list of things to do that
weren`t done properly hehe. At
8 am children had a breakfast and at 10:30 am they were departing.
After that we still had a bit of cleaning up to do, but afterwards we
were off. About 3 pm, when we were about to leave Sugar Pine, I set
myself on a back seat of a car. I wanted to put my waterbottle on the
ground so I didn`t get my seatbelts fasten. Tiny bumped the car into a
trunk. He didn`t see it. My cheek bone hit the front seat and my nape
started to hurt really badly. Only myself hadn`t managed to get my
seatbelts fasten. we were still at camp, in the middle of a forest, so
Tiny was driving only 10 m/ph. somebody brought me straight away an ice
for my face and neck. The car a bit cambered buffer so for the next
hour or so Tiny and Sunshine were trying to fix it. The
journey back to Bothin took us about 4 hours, so we got back there
after 8 pm. The water fom my laundry after Sugar Pine was brown, there
was so much dust. I went to the camp office to confirm the time of my
Greyhound bus departure to Southern California. Suddenly behind the
office`s door i heard a lot of noise. I couldn`t hear what was telling
me on the phone the Greyhound customer service. When I left Idgie`s and
Gizmo`s office, the first person I saw was... Blank! She was supposed
to be travelling around the United States already, so what was she
doing here? She gave me a hug. Straight after I asked her: "what are
you doing here?", I noticed Mojo. That was even a bigger surprise. I
nearly cried. The girls said: "We`ve been in San Francisco for last a
few days but without you guys it just wasn`t the same. We missed you
too much so we took two buses and a cab to get here and we hope that
you`ll f****n` apperiate it!" Oh mummy what a surprise! Honestly, i
thought the girls were already in Las Vegas. We spent an evening
altogether, watching movies on dvd. It was late after midnight when I
started packing. Why do I always have to do it in the last moment? I
had to throw away a few clothes as they wouldn`t fit in my suitcase. I
don`t think I brought too much stuff from Poland but as usually I got a
few new things. When I was done, I went down the stairs of the Little
House. Together with Buttercup and Sal we were doing stargazing - it
was meteorites rain night. I went to bed before 4 am, and I was
supposed to get up 3 hours later...
Camp Sugar Pine episode
POLSKI:
Ostatni turnus na campie Bothin został anulowany, bo zgłosiło się za
mało dzieci. Połowa counselorów pojechała wcześniej do domu. Druga
połowa chciała pracować do 13 sierpnia, tak jak to było w naszych
kontraktach. Siostrzany camp – Sugar Pine – zaprosił nas do współpracy
na 5 dni. Podróż na wschód od San Francisco zajęła nam jakieś 4
godziny. Jechaliśmy w górę, czułam ciśnienie w uszach. Po jakichś 20
minutach od wjechania w środek lasu, w ostatniej chwili znaleźliśmy
znak „Camp Sugar Pine”. Skręciliśmy w jeszcze głębszy las i nie bardzo
wiedzieliśmy, w którą stronę pojechać. Intuicyjnie znaleźliśmy drogę do
biura campu. Już wtedy wiedziałam, że ten camp będzie ogromny i
zupełnie inny od tych, na których byłam do tej pory. Był w samym lesie,
między drzewami, i pełno tam było pyłu z suchej ziemi. Przypadła mi
grupa śpiąca w namiotach indiańskich typu tipi. W końcu poczułam, że
jestem na obozie harcerskim. Obozy harcerskie w Polsce to 250% więcej
hardcore`u. Jeżeli hardcorem tutaj jest spanie w namiocie tipi, to
chociaż tyle. W tipi byłam z Sekwoją z campu Bothin, Beanie z
Leicerster w Anglii i Star z Chicago. Te 2 ostatnie były dla mnie nowe
i bardzo je polubiłam. Miałyśmy najmłodszą grupę dziewczynek, w wieku
7-8 lat. Tak płaczącej za domem grupy jak żyję nie widziałam. Przed ich
przyjazdem myślałam, że skoro będą tu tylko trzy noce, na taki mini
turnus, to nie będzie płaczu za domem. Baaardzo się pomyliłam. Jedna z
tych naszych „płaczących” podopiecznych przypodobała sobie mnie. Nie
dość, że płakała 18 h na dobę (przez resztę doby spała), to jeszcze nie
jadła. Przez to, że nie jadła, bolał ją brzuszek. A że bolał ją
brzuszek, to tęskniła za domem i płakała jeszcze bardziej. O słodki
Jezu!
Sugar Pine miał pięciu chłopaków – counselorów i kilka zajęć, których
nie miał Bothin, więc jakieś urozmaicenie. Przede wszystkim był jednak
ogromny. Zgubiłam się tam kilka razy, a i tak bez mapy się nie
ruszałam. Counselorzy byli dla nas przyjaźnie nastawieni.
Wieczorami siadałam w jednym z tipi dziewczynek i przez pół godziny
śpiewałam im polskie piosenki. Dzieci zwykle wyciszały się i zasypiały.
Zaprzyjaźniłam
się z Karine aka Ocean, dziewczyną z Mauritiusa. Moja najlepsza
przyjaciółka Sarah też pochodzi z tej niewielkiej wyspy na Oceanie
Indyjskim, w pobliżu Madagaskaru. Od razu złapałam więc z Ocean wspólny
język. Do tego, obie studiują prawo i mieszkają w Anglii. Zbieg
okoliczności?
Camp był dwa razy większy, ale też miał dwa razy więcej camperów niż
Bothin (jakieś 140) i dwa razy więcej counselorów (około 50ciu).
Minusem tego campu był niemal brak dostępu do Internetu. 1 komputer z
mega wolnym łączem na nas wszystkich. Dostałam się tam raz w ciągu 5
dni, na 15 minut.
W ostatni dzień, po wyjeździe podopiecznych, mogliśmy skorzystać z
„wieży przygód” (ściana wspinaczkowa, zjazdy na linie itp.) oraz z
jazdy konnej. Było super. Ogólnie będę bardzo dobrze wspominać camp
Sugar Pine. Dyrektorka campu – Kazoo – to wspaniała kobieta. Bardzo się
cieszę, że poznałam tam tylu fantastycznych ludzi. ENGLISH:
The last session at Bothin had been canceled due to too small amount of
campers applications. Half of our camp staff went home earlier. The
other half wanted to work until the 13th of August as it was in our
contracts. A sister camp – Sugar Pine – had invited us to work for them
for 5 days. The journey East from San Francisco took us about 4 hours.
I could tell we were going up, I felt a pressure in my ears. After 20
min since we had entered a forest, we found a sign “Camp Sugar Pine” in
the last moment. We turned into a deeper forest not really knowing
which way to go. We used our intuitions to find the way to camp office.
I already knew that camp would be much bigger and totally different to
camps I had been to before. It was in a deep forest, in between trees,
and there was a lot of dust. I was assigned to a unit sleeping in
tipis. I finally felt I was at a girls scout camp. Scout camps in
Poland have 250% more hardcore. If a hardcore here they call sleeping
in tipis, at least this. I shared the tipi with Sequoia from Bothin,
Beanie from Leicester in England and Star from Chicago. The 2 last
mentioned counselors were new to me and I really liked them. We had the
youngest group of girls, in the age of 7-8. I have never seen in my
life a group of kids that homesick. Before thir departure I was
thinking that if they were arriving for a mini session, 3 nights only,
they wouldn`t be homesick and cry. I was soooo wrong. One of these
crying campers liked me. She used to cry 18 hours per day (for the rest
she used to sleep) and she wouldn`t eat. And because she wouldn`t eat,
her tommy used to hurt. And because her tommy used to hurt, she`d be
even more homesick and cry home even more badly. Oh my sweet Lord!
Sugar Pine had 5 male counselors and a few activities that Bothin
didn`t have so it made a bit of difference. Moreover it was huge. I`d
get lost there a few times despite the fact I used to carry camp map
everywhere. The counselors were friendly adjusted to us.
At nights I used to sit in one of my campers tipi and used to sing them
Polish songs for about half an hour. The children would chill out and
fall asleep in that way.
I also gained a new friend in Karine aka Ocean, a girl from Mauritius.
My best friend Sarah also comes from that small island in Indian Ocean,
near Madagascar. I had already something to talk about with Ocean then.
Besides, both Sarah and Karine live in England and study law. A
coincidence?
Sugar Pine was twice as big as Bothin, and also had double more campers
(about 140) and counselors (about 50). The worst about that camp was
almost no internet access. 1 computer with super slow broadband for all
of us. I got there once during 5 days, for 15 min.
On the last day, after campers departure, we had a permission to have
fun at the Adventure Tower as well as try horseback riding. That was
awesome. In general I have very good memories from camp Sugar Pine. The
camp director – Kazoo – is a wonderful woman. I`m really glad to have
me so many fantastic people there at camp. More thumbnails ...
Chinatown and Financial District of San Francisco
POLSKI:
Mając w perspektywie spędzenie dnia na dołowaniu się z powodu wyjazdu
połowy counselorów, postanowiłam spędzić go w bardziej produktywny
sposób. Wiedziałam, że to może być moja ostatnia szansa na zwiedzenie
San Francisco i nie wahałam się długo czy jechać, czy nie. Idgie
odwoziła Mage na lotnisko w Oakland, więc podrzuciły mnie do San
Rafael. Stamtąd wzięłam autobus do San Francisco. Wysiadłam gdzieś na
Mission Street i spacerkiem udałam się w stronę Chinatown. Po drodze
wstąpiłam na kawę do Starbucks. Pani miała problem z zapisaniem imienia
„Galadriel” na kubku hehe, ale stwierdziła, że mam piękne imię. Było
piękne, słoneczne i ciepłe popołudnie. Wspinałam się w górę i w dół
ulic i bez większych problemów dotarłam do bramy Chinatown. Miejsce
zapełnione turystami, ale pełne uroku. Weszłam do sklepu
elektronicznego i zacisnęłam zęby, bo ten sam aparat cyfrowy, za który
zapłaciłam 6 tygodni wcześniej 470 $, tutaj był o ponad 100$ tańszy.
Ale przynajmniej miałam już zrobionych 2500 zdjęć w tym czasie. Nie
dałam się naciągnąć na statyw ani soczewkę i poszłam spacerem w dół
ulicy, wchodząc do różnych sklepów, obserwując ludzi i kolorowe
dekoracje. Zdecydowanie to Chinatown podobało mi się bardziej niż to
Nowojorskie. Sprzedawca – Chińczyk – sprzedał mi statyw do aparatu za
30$ zamiast 75$, bo miał kiedyś dziewczynę z Polski. Ma się ten urok
osobisty. Poszłam tez na obiad do chińskiej restauracji, bo umierałam z
głodu. Zjadłam zupę rybną z krewetkami. Zrobiło się po 15:00 i
wiedziałam, że jeśli chcę coś jeszcze zobaczyć, muszę powoli iść dalej.
Zeszłam w dół dzielnicy finansowej i szłam tam, gdzie mnie oczy
poniosły. Ktoś w sklepie z pamiątkami w podziemiach kościoła św.
Franciszka pokazał mi, w który autobus wsiąść, żeby wrócić na Market
Street. Z Market Street poszłam do Civic Center. Nie miałam zbyt dużo
czasu, więc obeszłam budynek dookoła i tam wsiadłam w autobus jadący do
San Rafael. Autobus zatrzymał się przed Golden Gate Bridge i w
przypływie impulsu wyskoczyłam na przystanek. Nie miałam wcześniej
okazji zatrzymać się na dłużej przy najbardziej fotografowanym moście
świata i zrobić zdjęć z miejsca innego niż autobus czy samochód. Miałam
wystarczająco dużo czasu, żeby móc wrócić na camp nie za późno.
Zachowując się jak prawdziwy turysta, zrobiłam chyba z 50 zdjęć,
pooddychałam atmosferą tego miejsca, po czym wróciłam na przystanek.
Golden Gate Bridge o dziwo nie był pokryty mgłą, wręcz przeciwnie –
lśnił w słońcu.
Ku mojemu zaskoczeniu, przyjechał autobus jadący bezpośrednio do
Fairfax. Nie musiałam się więc przesiadać w San Rafael. Wysiadłam na
ostatnim przystanku, tuż za Fairfax. Czekał mnie 15-20 minutowy spacer
na camp. Szłam wzdłuż drogi i dokładnie przed znakiem „600 jardów
[czyli jakieś 200-300 m] do campu Bothin” zatrzymał się samochód. Szłam
po drugiej stronie drogi, tak że auta jadące z naprzeciwka mnie
widziały. A tu, zatrzymuje się samochód jadący w moją stronę, z drugiej
strony szosy, mimo że nawet nie wystawiłam kciuka. Kobieta gestykuluje,
żebym podeszła i wsiadła. Wsiadłam, tłumacząc, że ja zaraz wysiadam, za
jakieś 300 metrów. Była bardzo miła i w ciągu naszej 1-2 minutowej
konwersacji powiedziała mi, że na campie Bothin lato spędziła kiedyś
jej córka. Gdy już miałam wysiadać, zapytała: „Where are you from?”
(Skąd jesteś?). „I`m from Poland, it`s in Europe” (Jestem z Polski, to
jest w Europie) – odparłam. Paru Amerykanów zapytało mnie, w którym
stanie jest Polska albo czy to jest w Azji. Nie miałam więc skrupułów,
żeby na wszelki wypadek poinformować kobietę o lokalizacji. Zrobiła
bardzo dziwną minę, jakbym powiedziała coś strasznego lub niestosownego
i ukryła w swoją twarz w dłoniach. Po 15 sekundach, gdy bałam się już
cokolwiek powiedzieć i po prostu milczałam, podała mi rękę i
powiedziała: „Miło mi, jestem Teresa”... po polsku! Jak to swój zawsze
trafi na swego, niewiarygodne! Wiedziała, dla kogo się zatrzymać;-)
Przez następne 40 minut siedziałam w jej samochodzie i rozmawiałyśmy.
Pani Teresa mieszka za wzgórzem mojego campu, jest w Stanach od 24 lat
i ma 30-letnią córkę. Wyglądała tak młodo, że bardzo się zdziwiłam co
do jej córki. Umówiłam się wstępnie na kawę z p. Teresa na niedzielę.
Rozstałyśmy się z uśmiechami na twarzach. Oby więcej takich „zbiegów
okoliczności” w moim życiu.
ENGLISH:
A day spent on getting deep down due to half of counselors staff
departure was in my perspectives and I decided to do something else
instead. I knew it might be the last chance to visit San Francisco and
I wasn`t thinking for too long whether I should go or not. Idgie was
taking Mage to the airport in Oakland so they gave me a ride to San
Rafael. From there I took a bus to san Francisco.
I got off somewhere at Mission Street and I slowly walked down towards
Chinatown. On my way I had a coffee at Starbucks. The selling lady had
some troubles with writing the name of “Galadriel” on a cup hehe, but
she said my name was pretty. It was a beautiful sunny afternoon. I was
walking up and down the streets and without any problems I got into the
Chinatown gate. You could tell it was a tourism place however very
charming. I entered an electronic store and had to take a deep breath
as the same digital camera that 6 weeks before I had paid 470 $ for,
here cost over 100 $ less. At least I already had about 2500 pictures
taken. I didn`t let a seller have myself buy neither lens or a tripod
and just was walking down the street, looking into different stores,
observing people and colorful decorations. I definitely like that
Chinatown more than the one in New York. A certain Chinese seller sold
me a tripod for 30 $ instead of 75 because he used to have a girlfriend
from Poland. I must have been really charming myself. I also went for a
lunch to a Chinese restaurant as I was starving. I had a fish soup with
shrimps. It was already after 3 pm and I knew that if I wanted to
something else, I`d have to go ahead.
I went down the financial district and was walking where my eyes told
me. Somebody at a gift store in the basements of the Saint Francesco`s
church showed me what bus to take to get back to the Market Street.
From the Market Street I was walking towards the Civic Center. I didn`t
have too much time left so I was wandering around the building and then
hop on a bus going to San Rafael. The bus stopped at the Golden gate
Bridge and spontaneously I decided to jump out of the bus. I didn`t get
any earlier occasion to stop by the most photographed bridge of the
world and take pictures from a place different than a bus or a car. I
had enough of time to be able to get back to camp not too late. Acting
like a proper tourist, I took about 50 pictures, feeling an atmosphere
of the place and then I got back to the bus stop. The Golden Gate
bridge strangely enough was not covered by the fog but it was shining
in the sun.
To make me even more surprised, a bus going straight to Fairfax came
along. This meant that I didn`t have to change in San Rafael. I got off
at the last bus stop, just out of Fairfax. Then I was going to take a
15-20 mins walk to camp. I was walking along the road and exactly in
front of the sign “300 yards to camp Bothin” a car stopped. I was
walking on the other side of the road so the cars coming from the
opposite direction could easily see me. And here stopped a car going in
my direction, on the other side of the road despite the fact I didn`t
even raise my finger. The woman inside of the car is showing me to hop
on. I sat down in her car, explaining to her that I`d have to leave it
in 300 yards. She was very nice and during our 1-2 min of conversation
she told me that her daughter had spent a summer at camp Bothin. When I
was about to get off the car, she asked me: “Where are you from?”. “I`m
from Poland, it`s in Europe” – I answered. A few Americans had asked me
before what state was Poland in or if it`s in Asia so I didn`t bother
to inform the woman where it was. She made a really strange face like I
said something terrible or inappropriate and she hid her face in her
hands. After 15 sec when I kept silence as I was afraid to say anything
else, she shook my hand and said: “Nice to meet you, I`m Teresa” in…
Polish!!! Unbelievable how you can bump into a soul mate in a random
place. She knew who she should have stopped for :-). For the next 40
min we was sitting in her car and chatting. Teresa lives just behind
the hill nearby my camp, she`s been living in America for 24 years and
had and has a 30-year old daughter. She looked so young that I was well
surprised about her daughter. I decided to have a coffee with Teresa on
Sunday. We said goodbye to each other, smiling. I wish I had more
“coincidences” like that in my life.
More thumbnails ...
Counselors departure day
POLSKI:
O 7 rano obudził mnie huk walizek zjeżdzających po schodach. Po 8 Pinky
i Rose zawołały: "Ludzie, wyjeżdżamy!". Tup tup tup po schodach wszyscy
zbiegli, żeby pożegnać pierwsze 2 osoby opuszczające camp tego dnia.
Większość z nas płakała. A to dopiero był początek pożegnań.
Po wyjeździe Rose i Pinky wróciłam do łóżka, ale nie mogłam już zasnąć.
Odpoczywałam pzez większaść dnia i próbowałam spędzić jak najwięcej
czasu z Ziggy. Już od 16 łzy same napływały mi do oczu. Tyle razem
zrobiłysmy, tyle przeszłyśmy... Praktycznie każde wspomnienie z campu
Bothin w jakiś sposób wiąże się z Ziggy. Razem śmiałyśmy się,
płakałyśmy, zabawiałyśmy dzieci, razem podróżowałyśmy. Płakałam, gdy
wyjeżdżała, ale na dobre rozryczałam się, gdy auto z nią zniknęło mi z
oczu. Dzięki Bogu, Mojo byłą ze mną. Wiedziałam, że bez Ziggy będzie mi
w Stanach znacznie ciężej. Poczułam dziwną pustkę w środku. ENGLISH:
At 7 am a sound of suitcases being rolled down had woken me up. Past 8
am Pinky and Rose yelled: "Guys we`re leaving!". Boom boom boom
everybody run down the stairs to say goodbye to first 2 people leaving
camp that day. Most of us were crying, and that was just the beginnings.
After Rose and Pinky left, I got back to bed but I couldn`t sleep. I
had been chillin` out for the rest of the day and trying to spend with
Ziggy as much time as possible. Already at 4 pm my tears started coming
themselves out of my eyes. We had done so much together, we had
survived so much... Almost every memory from camp Bothin is somehow
related to Ziggy. We used to laugh, cry, entertain kids and travel
together... I cried when she was leaving, but as soon as a car with her
disapeared from my eyes, I was completely gone. Thank God, Mojo was
with me. I knew it would be harder to be in the US without Ziggy. I
started to feel a weird emptiness inside... Here I`d like to say a word to each Bothin peep (the order is rather random): Ziggy aka Malissa
- without you it would have been MUCH harder. You are beautiful in evey
way and an absolutely unique woman. I love you more than words can say.
I`ve been missing you so freakin` much! We MUST meet up in the next
year! Buttercup aka Moriah
- you are such a sweetheart! A very sensitive, emotional girl who had
brought a special light to my life and also camp. Don`t let people walk
around you. I love you! Mojo aka Holly
- ahh my lovely sweetie pie:). You are one of the nicest and sweetest
people I know, and I am more than thankfull to have met you. Never
change! When will you visit me in Poland? GG aka Grace -
you are one of the best laughters ever! More mature than most of the
girls in the age of 18, you seem to never grow up from the other hand.
You really did change my life in a way. Thunder aka Colleen
- you are so damn smart! I wish I could have had you on my physics and
mathematics classes whilst in highschool hehe. You are very easy going
and one of the couselors I most enjoyed to work with. Sal(amander) aka Mandi - I LOVE your sarcastic sense of humor, you easily make me laugh. You are so freakin` smart! I hope to see you next year! Mage aka Joy
- no doubt you`re on your way to become a famous photogapher.
Definitely your car was the best laughter and madness:D. I love you
sweetie pie! Blank aka Steph
- I`ll never forget you how amusing you were at the beach parties.
Also, thanks for teaching me some archery. I know you`ll go far with
your biology and sports skills hehe. Don`t foget to visit me in Poland! Pinky aka Clare - camp brownie heroe! You were so hilarious sometimes, I`ll never forget your "actions"! Rose aka Ashley
- you are simply awesome. I loved your work and personality. You`re
gonna be a fabulous teacher. How`s England treating you? Miss you! Tarantino aka Jillian -
you`ll go far in your life, just keep doing what you are. You are one
of the most hilarious people I know, thanks for making me smile. Texas aka Courtney - your acting skills were a virtue at camp. Hope to see you in a professional play one day. D2 aka Lyneise - every time I think of you I remember a little cute girl that was a pretty awesome counselor. How are you? D1 aka Lexy - your laud laughter is one of my memories from camp. Hope nobody is going to put water on your straighten hair hehe. Gizmo aka Kristi -
knee highs! Yeah thats the first thing I see when I think of you. Thank
God I don`t have to put sunscreen in that part of the year lol. Hope
all is well with you. Sequoia aka Tierney - you were a good unit leader and a good counselor. I`m really glad we got to work together. How`s your history major going? Tiny aka Tim - you
must have had a hard life among 95% of females huh? Needless to say you
managed really well. You were an amazing program director, bless you! Tink aka Erin - you`re a sweetie, a great companionship and a great girl. I miss you! Idgie aka Jill -
God I will never ever forget your laughter ehehehehehe! Except for
being my boss, you were also a good friend and an amazing help. Angie
- you were my camp mummy and I loved you for e.g. hiding tons of
chocolate chip cookies for me. Words cannot describe how much I miss
you! Willie - thank you for feeding me belly and for being a wonderful man. No doubt you did a fantastic job. Houston aka Alice - what a fabulous woman! You were my second mum at camp and I really do hope you`ll come over Poland to visit me at some point. Cesar - you`re a good boy and an incredible help. I miss you! Terri - jak się masz? Tęsknię za Tobą jak cholera, jesteś kobietą z jajami! I miss you as hell! Onion aka Gwen - I appreciate your enthusiasm and a big heart. Hope your well! Paris aka Brad - thank you for your man`s point of view at certain things. I wish you could have stayed at camp for a bit longer. Candy aka Martin - sweet guy and personality. You brought some excitement to our camp life hehe.
If I missed anyone, I just want to say that camp was an EXPERIENCE in
every way and I am glad to have met each of you. "(...) Hope some kind
wind blows you back my way..."
Bothin Staff Party
POLSKI:
Przez całą sobotę sprzątałyśmy camp. GG Wyjechała. Było mi z tego
powodu cholernie smutno, i chyba nie tylko mnie. GG, mimo swoich 17
lat, okazała się dojrzalsza emocjonalnie niż wiele dziewczyn od niej
starszych. Pracowała na zmywaku i po skończonych posiłkach uwielbiałam
wzywać dla niej naczynia do okienka. To przezabawna istota, codziennie
miała numer jedyny w jej stylu i uwielbiałam się z nią śmiać.
Wiedziałam, że będzie mi jej brakowało zanim jeszcze wyjechała.
Wieczorem Ziggy grała dla mnie na pianinie w Stone House, a ja
wpisywałam się ludziom do pamiętników.
W niedzielę do południa kończyliśmy sprzątać i już od południa
byliśmy wolni. Przez kilka godzin próbowałam się zrelaksować i
wyciszyć. Po 17
wyjechaliśmy na kolację pożegnalną. Miejsce było dla nas totalną
niespodzianką i okazało się strzałem w dziesiątkę. Było niedaleko od
campu, ale w zacisznym miejscu. Przepiękne na zewnątrz i przyjemne
wewnątrz. Tiny i Gizmo udekorowali wcześniej stoły. Każdy z nas miał
przydzielone wcześniej miejsce – na każdym była ramka z czyimś imieniem
i ze zdjęciem całego staffu w środku. Na krzesłach były torby z
prezentami dla każdego z nas – m.in. staff magazyn i bluzy campowe z
naszymi imionami na przodzie. Super!
Po zjedzeniu kolacji oglądaliśmy slide show przygotowany przez Mage.
Kolację skończyliśmy przed 21 i wróciliśmy na camp. Mieliśmy pół
godziny na przebranie się na ognisko. Wrzuciliśmy do ogniska patyczki z
życzeniami i przez jakąś godzinę śpiewaliśmy obozowe piosenki. Część
dziewczyn płakała. Było mi ciężko pomyśleć, że jutro rozstanę się z
Ziggy i połową innych counselorów. Bardzo zżyłam się z tymi ludźmi. Aż
strach pomyśleć, że te 2 miesiące tak przeleciały! ENGLISH:
For entire Saturday we had been clearing up camp. GG left. Due to that
fact I was terribly sad, and I guess not only me. GG, despite her age
(17), had showed to be more emotionally mature that a lot of girls
older that her. She worked as a dishwasher and after a meal had
finished, I used to love calling dishes to the window for her. She was
hilarious and everyday she used to have an “action” typical for her, I
loved to laugh with her. I knew I`d miss her before she even left. In
the evening Ziggy was playing a piano for me in the Stone House, and I
was writing in people`s journals.
On Sunday before the noon we had been finishing to tidy up and since
noon we were already off. For a few hours I was trying to relax and
chill out. After
5 pm we left for a staff dinner. The place was a total surprise to us
and it was amazing. The restaurant was not too far from camp, but in a
chillin` area. It was beautiful outside and nice inside. Tiny and Gizmo
had decorated the tables. Each of us had a place set – there was a
photo frame with a name of every counselor and a staff picture inside
for everyone. On the chairs there were bags with presents for us –
staff magazine, camp hoodies with our camp names on each. Awesome!
After we had eaten the dinner we were watching a slide show made by
Mage. We finished the dinner before 9 pm and then we got back to camp.
We had about half an hour to change for a bone fire. We threw our wish
sticks to the fire and for about an hour we were singing camp songs.
Some of the girls were crying. It was hard to think that tomorrow I`d
have to say goodbye to Ziggy and half of other counselors. Scary to
think those 2 months had flown by! More thumbnails ...
Goodbye party at the Stinson beach
POLSKI:
Gdy tylko dzieciaki pojechały do domów, zrobiliśmy spotkanie
podsumowujące tydzień i… heja na plażę. Po drodze skoczyliśmy jeszcze
na zakupy do Safeway`a i w drogę. Ziggy wrzuciła swoje CD do
samochodowego radia i usłyszałam francuską piosenkę, która kilka lat
temu była na listach przebojów w Polsce. Powiedziałam to Ziggy, a ona
na to: ”Żartujesz sobie ze mnie? Nie wiedziałam, że to zaszło tak
daleko”. Dojechałyśmy na plażę w super nastrojach. Impreza na plaży
była niesamowita, działo się a działo.
Po północy wracaliśmy na camp, bo o 8 musielismy już być na śniadaniu.
W aucie w drodze powrotnej miałyśmy taki ubaw, że myślałam, że mi
przepona pęknie ze śmiechu. Dojechałyśmy na camp około 1 w nocy i 3 z
nas (Mojo, GG i ja) wystrzeliłyśmy z auta. Ledwo utrzymałyśmy do
ubikacji na stołówce. Nie wiem, czy dałybyśmy rade dotrzymać do Little
House, który był 50 m dalej. To była fantastyczna noc, pełna śmiechu i
cudownych wspomnień. Dawno się tak dobrze nie bawiłam!
ENGLISH:
As soon as the kids had left camp, we had a meeting assuming the week
and then we were off to beach. On our way to the beach we did
shopping in a local Safeway and continued out journey. Ziggy put her CD
into the car`s CD player and I heard a French song that a few years ago
used to be on top lists in Poland. I told Ziggy about it and she said:
”Are you kidding me? I didn`t know had gone that far”. We reached the
beach in awesome moods. The praty on the beach was awesome, a lot of
things had happened.
After midnight we were heading back to camp as we were supposed to be
at breakfast already at 8 am. In the car on our way back we had so much
fun, I thought my belly would tore from laughter. We got back to camp
around 1 am and 3 of us (Mojo, GG and me) jumped out of the car. We
barely made it to the toilet at the dining hall. I am not too sure if
we`d be able to hold it until the Little House that was about 50 m
apart. That was a fantastic night, full of laughter and wonderful
memories. I hadn`t had that much fun in a log time!
More thumbnails ...
6th session - Lanyards, Beads and Dyes
POLSKI:
Największa grupa dzieci, jaką ten camp kiedykolwiek widział (28), 6
counselorów, których liderem grupy zrobili… mnie. Szczerze mówiąc, na
początku sikałam w majtki, czy sobie poradzę. Dzieci były w wieku 8-10
lat i było ich tak dużo, że żeby coś powiedzieć do całej grupy,
najlepiej było stawiać je w kółku. Nie było mowy, żeby krzyknąć coś do
idącej grupy, bo tyły na pewno by tego nie słyszały. To był nasz
ostatni turnus na campie Bothin, znałyśmy się już bardzo dobrze. Jedyną
counselorką, z która wcześniej nie pracowałam, była D1. Dzieci były
niezłe, choć rozpuszczone jak dziadowskie bicze. Ogólnie nasz turnus
był bardzo plastyczno-manualny. Farbowałyśmy koszulki, robiłyśmy
makijaż sceniczny, koralikowe bransoletki i lanyards – plastikowe
przeplatanki używane jako np. breloczki na klucze. Oczywiście basen,
łucznictwo i gry też były. Dowodzenie tą grupą okazało się nie takie
złe. W ciągu ostatnich 7 tygodni na campie nabrałam dużej pewności
siebie, ale przede wszystkim była to najlepsza szkoła cierpliwości,
jaką kiedykolwiek miałam.
Scenka z życia campu: dziewczynka ryczy na basenie przez 40 min, bo
zapomniała okularków do nurkowania. Żaden z counselorów nie może
zostawić grupy i wrócić z tą 1 dziewczynka do kabiny, bo za mało
zostałoby opiekunów do pilnowania reszty dzieci. Dzieciak robi taką
rebelię, że przychodzi dyrektorka campu sprawdzić, co się dzieje. A
dzieciak ryczy dalej: „Ja chcę moje okuuuulaaarkiii!”. Gdy dostaje inne
okularki od ratowniczki, nie chce się dzielić nimi z innymi
dziewczynkami. A są tylko 2 pary na całą grupę 28 dzieci. Doszłam już
do takiego etapu tolerancji i cierpliwości, że w tej sytuacji normalnie
się zaczęłam śmiać. Przed przyjazdem tutaj prawdopodobnie musiałabym na
chwilę wyjść, żeby nie zrobić czegoś złego.
Więź z Ziggy coraz bardziej mi się zacieśniała. To były ostatnie dni
dla nas wszystkich w takim składzie na campie. Bardzo zżyłam się z
niektórymi counselorkami, m.in. z Mojo. To kochana, wrażliwa
dziewczyna.
W czwartek wieczorem, ostatni wieczór turnusu, mieliśmy jak zwykle
ognisko kończące. Najpierw była część „głośna” – zabawowa, a potem
„cicha”- z piosenkami pożegnalnymi. Usłyszałam początek „mojej”
piosenki – Shooting Star – i od razu się rozkleiłam. Praktycznie
wszystkie counselorki płakały tamtego wieczoru. 7 tygodni pracy razem,
płaczu, śmiechu, zabawy i odpowiedzialności zrobiło swoje. „(…)Mimo, że
brzmi, jakbyśmy tyle co się poznali, jesteś jedyną [osobą], której nie
zapomnę./Mam nadzieję, że kiedyś jakis życzliwy wiatr popchnie cię z
powrotem w moją stronę (…)” brzmiały słowa tej piosenki. Przez to, że
myśmy płakały, parę dzieci też nie mogło się uspokoić.
Po tym, jak ostatnia kolonistka opuściła camp w piątek po 19:00,
teoretycznie był to dla nas już koniec campu. Praktycznie jednak
oznaczało to 2 dni sprzątania…
ENGLISH:
That was the big gest group of kids this camp had ever seen (28),
except for that 6 counselors amongst them the unit leader became…
myself. Honestly, at the beginnings of the session I was peeing in my
pants if I`d manage. The kids were in the age of 8-10 and there were so
many of them, that if I wanted to say something to all of them, I`d
have to make a circle. There was to way to yell something to the
walking group as the back wouldn`t hear anything. That was our last
session at camp Bothin, we already knew each other really well. The
only counselor that I hadn`t worked with before, was D1. The kids were
not bad, although spoiled. I really liked them though. In general our
session was very manually-crafty. We`d tye-dye t-shirts, do stage make
up, beads bracelets and lanyards. Obviously the program included also
pool, archery and games. Leading that group wasn`t that bad actually.
Within 7 weeks at camp, I gained a lot of self-confidence, but
especially it was the best school of patience I have ever had.
An episode from camp life: a camper is histerically crying because she
forgot her goggles. None of the counselors can leave the pool and come
back with the girl to cabin, as it would stay not enough of counselors
to observe kids in the pool. The kids rebels us so laudly that our camp
directors comes over to check out what`s going on. The kids is still
yelling: “I wanna my gooooooggleeeees!!!!!!!!”. When she gets another
pair of goggles from the lifeguard, she doesn`t want to share with
other campers. There are only 2 pairs for 28 children. I`ve gone up to
such level of tolerance and patience, that in that situation I started
laughing. Before coming over here, I`d probably have to leave to not do
something really bad.
Otherwise my friendship with Ziggy was becoming tighter and tigher.
Those days were a few last ones in that squad at camp. Some of
counselors became really close to my heart, e.g. Mojo. She`s such a
lovely and sensitive girl.
On Thursday evening, as usually, we had a closing camp fire. First was
a “laud” part of the fire with skits and games, and then a silent one –
with goodbye songs. I heard fisrt words of my favourite song – Shooting
Star – and I was gone. Practically all the counselors were crying that
night. 7 weeks of working, crying, laughing, having fun and taking
responsibility made a tight relationship in between us itself.
“(…)Though it seems like we`ve just met, you`re the one I won`t
forget,/ hope some kind wind blows you back my way (…)” – sounded words
of that song. Because we had been crying, a few kids couldn`t calm down
either.
After the last camper had left camp on Friday after 7 pm, theoretically
we were done with camp. Practically it meant to us 2 days of cleaning
up… More thumbnails ...
Eastern European district of San Francisco
POLSKI:
Przekonałam Ziggy, żeby pojechała ze mną do San Francisco, na nasz
ostatni wypad razem. Pojechałyśmy do dzielnicy Geary, w której byłyśmy
już kiedyś wcześniej. Wpadłyśmy do centrum japońskiego. Tam m.in.
porobiłyśmy sobie zdjęcia w specjalnej maszynie, a nastepnie cyfrowo je
ozdobiłyśmy. Na taki sprzęt w Polsce trzeba jeszcze będzie poczekać
parę lat. Zanim
przyjechałyśmy autobusem do San Francisco, Angie i Willie podrzucili
nas z campu do San Rafael. Musiałam w końcu zrealizować swój czek
płatniczy. Znowu nie wzięłam paszportu, więc w banku przez jakieś pół
godziny kłóciłam się z kobietą, że moje 3 inne dowody tożsamości
powinny wystarczyć… W końcu i ona, i jej kierowniczka, wymiękły.
Spacerując w dół ulicy w San Rafael, wstąpiłyśmy do sklepu folkowego.
Były tam same rzeczy etniczne z całego świata – przepiękne. Szczęka mi
jednak opadła, gdy zobaczyłam pocztówkę z Beduinem na białym
wielbłądzie. W ubiegłym roku moja koleżanka Kinga, przemierzała
autostopem Afrykę. Przed Afryką przemierzyła w ciągu pięciu lat cały
świat. Była dowodem na to, że marzenia się spełniają, tylko trzeba im
trochę pomóc. Kinga marzyła o białym wielbłądzie. Nie tylko chciała go
zasiąść, ale i posiadać, a białe wielbłądy są bardzo rzadkie i przez to
drogie. Kinga dopięła swego – zdobyła unikatowego białego wielbłąda, za
rozsądną cenę. Rok temu, w Ghanie, Kinga zmarła na malarię mózgu.
Pocztówka z białym wielbłądem przypomniała mi o niej i w jakiś sposób
wstrząsnęła. No bo, gdzie jest Afryka, a gdzie miasteczko w północnej
Californii Stanów Zjednoczonych? Kto by pomyślał, że znajdę tam Kingę?
Po centrum japońskim, udałyśmy się w górę dzielnicy Geary. Po jakiś 2
km spaceru zdałyśmy sobie sprawę, że do naszego następnego celu nie
dojedziemy na piechotę, więc wsiadłyśmy w autobus. Wysiadłyśmy między
23 a 24 ulicą i parę kroków dalej byłyśmy u celu – polskiego sklepu
„Sikora”! Myślałam, że ze szczęścia się posikam. Zaczęłam piszczeć, a
gdy weszłam do środka sklepu, oniemiałam z zachwytu: "O moj Boze, mają
krówki, o i Kubusia („Oh my God, they have Krówki! oh and Kubuś, my
favourite juice!) - krzyczałam do Ziggy w podnieceniu. A facet,
sprzedawca, do mnie na to: „W czym mogę panience pomóc?” Po 1,5
miesiąca pobytu poza Polską, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego,
jak będę tęsknic za polskimi produktami. Do moich ulubionych krowek,
dodałam Malagi, Kubusia i… 3 karty telefoniczne typu 5$ za 500 min
każda i byłam wniebowzięta.
W świetnych humorach wstąpiłyśmy na kawę do rosyjskiej kafejki. To była
wybitnie wchodnio-europejska dzielnica San Francisco, z naciskiem na
wschodnią. Powoli zmierzyłyśmy w stronę przystanku autobusowego. Trasa
San Francisco-San Rafael-Fairfax zajęła nam 1,5 h. Musiałyśmy jeszcze
15 min przejść od przystanku na camp, ale udało nam się być przed
planowanym czasem. To był niesamowicie udany dzień. Następny turnus był
tym, którego oczekiwałam chyba najmniej ze wszystkich… ENGLISH: I
convinced Ziggy to go with me to San Francisco for our last trip
together. We went to the Geary district, where we already had been
before. We ran around the Japan Town and took pictures in a specific
machine and then we could digitally decorate them. For equipment as
such we`re going to have to wait in Poland for next a few years.
Before
we got to San Francisco by bus, Angie and Willie gave us a lift from
camp to San Rafael. I finally had to cash my paycheck. Again I didn`t
bring a passpot with me (this time I truly forgot) and I was argueing
with a lady that my 3 other IDs should have been enough. Finally her
and her boss gave it a go. Walking
down a street in San Rafael, we came into a folk store. There was only
ethinic stuff from all over the world - beautiful. My mouth opened
widely when I noticed a postcard with a white camel and a bedouin on
it. Last year a friend of mine - Kinga, was hitchiking all over Africa.
Before the Africa she had been hitchiking for 5 years, through the
whole world. The way she lived she proved that we canmake all dreams
come true, we only have to help them a bit. Kinga was dreaming about a
white camel. White camels are very unique and due to that fact - very
expensive. Kinga made her dream come true - she bought a white camel
for a decent money. A year ago Kinga had suffered from the Celebral
Malaria and died in Ghana. A postcard with a white camel reminded me of
her and was somehow shocking. Think about it - where is Africa and
where is a town in Northern California? Who would think that I`d find
Kinga there?
After
the Japan town, we went down towards the Geary district. After about 2
km, we realized we were not going to make it walk and jumped in a bus.
We got off in between the 23d and 24th street and like right over there
we reached our destiny - a Polish grocery store "Sikora"! I thought I`d
pee in my pants from happiness. I started screaming and when I entered
the store, I became almost like in an extasy: „Oh my God, they have
Krówki!(cream fudge) oh and Kubuś, my favourite juice! - I was telling
Ziggy, so excited! The sales man was like: "W czym mogę panience
pomóc?" ("How can I help you, madam?"). After 1,5 month apart from
Poland I didn`t even realize how much I would miss the Polish products.
To my favourite krowki and Kubus, I added some Malagas (chocolate
candies with a plum and an liquor inside) and... 3 phone cards, 500
mins for 5 $ each! Man I felt like in heaven!
In
great moods we went fo a coffee to a Russian cafe. It was definitely an
Eastern European district of San Francisco, even more Eastern than
European. Slowly we started walking towards the bus stop. The route San
Francisco-San Rafael-Fairfax tookus 1,5 h. We still had to do a 15 mins
walk from the last bus stop to camp, but still we were back even before
the tiome we had planned. It was an amazingly good day. The upcoming
session was a one I was the least looking forward... More thumbnails ...
5th session - Snapshot
POLSKI:
To była najbardziej narzekająca grupa dzieci, jaka miałam na tym
campie. A dlaczego?, a po co?, ja nie narzekam, tylko pytam!, a czemu
ona robi to tak a nie inaczej?, a czemu nie mamy dłuższej ciszy
poobiedniej?, a kiedy skończymy iść pod górę? Umarłabym, żeby już
schodzić w dół… [15 min. Potem, schodząc w dół] właściwie wchodzenie
pod górę jest łatwiejsze, przynajmniej nie jest tak ślisko… O słodki
Jezu! I tak przez 7 dni, non stop. Nie mogę jednak powiedzieć, lubiłam
większość tej grupy. To był turnus fotografii, więc wszystko opierało
się o robienie zdjęć – portretów, wydarzeń – w akcji, widoków –
krajobrazów, natury, przedmiotów… Kilka dziewczynek było naprawdę
utalentowanych, zrobiły piękne ujęcia. Uczyłyśmy je też o kompozycji,
świetle i wszystkich innych podstaw fotografii. Parę dziewczynek miało
rodziców – fotografów, więc wysłali je na camp, żeby się bardziej
wdrożyły w temat. Odbyłyśmy tez 2 piesze wycieczki w góry – jedną na
początku, a drugą na końcu turnusu – żeby porównać rezultaty robienia
zdjęć w plenerze. Mieszkałam w Buszu – części campu z kabinami bez
drzwi i okien – tylko zostawioną przestrzenią między np. dachem a
ścianą. Tam właśnie najbardziej lubiłam mieszkać. Mieliśmy też takie
specjalne zadaszenie, z kominkiem i ławkami pod nim. Gdy dzieci poszły
spać, uwielbiałam siadywać tam wieczorem i rozmawiać z innymi
counselorkami lub pisać w pamiętniku... Mieszkałam z Ziggy, Sal i
Buttercup. Super się z nimi dogadywałam i wspaniale nam się
współpracowało.
W piątek mieliśmy zajęcia z całym campem. Naszym zadaniem było zbudować
łódkę, która utrzymałaby na wodzie 1 osobę. Z materiałów mieliśmy
kartony, 2 wielkie worki na śmieci, taśmę klejącą, kilka baloników, i
to w zasadzie wszystko. W ciągu 1,5 h zbudowaliśmy łódkę, która
wyglądała niemal jak prawdziwa spośród wszystkich grup. Ziggy wniosła w
nią najwięcej kreatywności. Któraś z counselorek z każdej grupy miała
za zadanie zasiąść w tej łódce i pokonać długość basenu. Tym kimś w
mojej grupie byłam ja. Nasza łódka okazała się najwolniejsza spośród
wszystkich, ale za to byłam najbardziej sucha spośród wszystkich
uczestników wyścigu. To było niesamowite, utrzymywała mnie na wodzie
dopóki 110-kilowy Tiny nie rzucił się na nas (tzn. mnie z łódką) i nie
przebił balonów. To była jedna z najlepszych frajd, jakie miałam na tym
campie.
Ogólnie to był całkiem niezły turnus. 11 dziewczynek rozjechało się do domów dość szybko i mieliśmy wolne… ENGLISH:
That was the most complaining unit of children I had ever had at camp.
Why?, what for?, I`m not complaining, just asking!, why is she doing it
in that way?, why don`t we have a longer rest hour?, When are we going
to stop climbing up the hill? I`d die to start going down… [15 mins
later on, when going down…] Actually climbing up is easier, at least
it`s not as slippery as when walking down… Oh my sweet Lord! And they
would like that over and over, for entire week. Though, I liked most of
that group. It
was a Snaphot – photography session, so everything was based on taking
photos of people - portraits, events – in action, landscapes – nature
and also different items. A few of our campers were really talented,
they took some great shots. We also used to teach them about the
composition, the light and all the other basics of photography. A few
of the girls had parents – photographers, so they sent their children
to camp to make them learn more about it.
We also did two hikes up the hill – one at the beginnings, and one in
the end of the session, so we could compare the results of our work in
the plein-air. I
used to live in Bush unit during that session, which meant sleeping in
open-air cabins, no windows and neither doors. I really liked to live
there. We also had a padio in that unit with benches and a fire place.
When the children went to beds, I used to love to sit there and chat
with other counselors, or write in my diary… I lived with Sal, Ziggy
and Buttercup in the same unit. We used to get along and work with each
other so well!
On Friday we had all camp activities. We were supposed to build a boat,
that would hold above the water one person. We only had paper boards,
two large plastic bags, duct tape, a few balloons and that was pretty
much it. Within a 1,5 we had built a boat that in my opinion looked the
most like a real boat from all the units. Ziggy was the most creative
about it. One of the counselors from each unit was supposed to sit in
the boat and swim in it the pool length. In my unit that was me. I
found our boat the slowest, but after all the races I was the driest
from all the participants. That was amazing, the boat was holding me on
the water until 225 lbs of Tiny wasn`t thrown on us (I mean me and the
boat) and the balloons didn`t start popping. It was one of the greatest
funs I had ever had at that camp!
In general it was a pretty good session. 11 of the girls went home on Friday pretty fast and we were off… More thumbnails ...
A weekend with Hewitts at a historical farm in Ardenwood
POLSKI:
Nie wiedząc, co zrobić z następnym weekendem wolnym, postanowiłam
napisać email do Hewittsów, czy nie chcieliby się ze mną spotkać. Mama
Michelle i Hannah zapraszała mnie do ich domu po pierwszym turnusie, a
ja jeszcze nie miałam okazji ich odwiedzić. Beth odpisała niemal od
razu. Powiedziała, że ona i jej rodzina będą brać udział w pikniku na
jakiejś historycznej farmie. To było to, czego chciałam – relaks z dala
od campu, z ludźmi, którzy dużo dla mnie znaczyli.
W piątek, jeszcze przed 20:00, tak jak się umówiłyśmy, Beth była na
campie razem ze starszą z córek – Michelle. Jak dobrze było zobaczyć
życzliwe mi twarze! Gdy rozmawiałyśmy, minęła nas Ziggy i Beth
zapytała, jakie ona ma plany na ten weekend. Okazało się, że właściwie
to już żadnych, bo została przez kogoś wystawiona. Nie potrafię opisać
mojej radości z propozycji Beth, żeby Ziggy przyłączyła się do nas.
„Teraz już wiem, dlaczego pościeliłam dwa łóżka” – powiedziała Beth.
Pomogłam Ziggy spakować się szybko i wsiadłyśmy do auta.
Beth i jej rodzina mieszkają tylko godzinę drogi od campu, w Livermore.
Dojechałyśmy do domu Hewittsów około godz. 22, więc młodsze dzieci już
spały. Ogółem Beth i Darrel mieli ich sześcioro – oprócz Michelle i
Hanhah, jest jeszcze 6-letni Anthony, 13-letni Christian, 17-letni
Nathan oraz najstarsza Nicole, która już nie mieszka z rodziną. Jak
dobrze było przestąpić progi normalnego domu! A gdy zobaczyłam „mój”
pokój, to najpierw zaniemówiłam, a potem rzuciłam się z lekkim piskiem
na jedno z dwóch łóżek. Pokój Michelle i Hannah, który zajęłam ja
Ziggy, był dziewczęcy i przytulny. Zanim poszłyśmy spać, pogadałyśmy z
Beth i jej mężem; Michelle też była zbyt podekscytowana, żeby iść do
łóżka. Na
następny dzień wstałyśmy po 7 rano, ubrałyśmy się w niecampowe ciuchy
(jakie to miłe uczucie) i o 9 byłyśmy już z rodziną Hewittów w
restauracji na śniadaniu. Właściwie, pierwszy raz w zyciu jadłam
śniadanie w restauracji. Ehh Amerykanie hehe. Nie mogę narzekać, to
było bardzo miłe doświadczenie.
Po śniadaniu pojechaliśmy do naszego celu – Ardenwood, gdzie mieści się
historyczna farma. Kolejka napędzana przez konie, zawiozła nas do serca
tego miejsca. Minęliśmy pola uprawne i las… eukaliptusowy. Pierwszy raz
w życiu poczułam się prawie jak w Australii. Brakowało mi tylko misiów
koala. Następnie spacerowałyśmy wokół farmy, próbując produktów prosto
z ogródka (m.in. jadalnych kwiatów) i robiąc zdjęcia na „historycznym”
sprzęcie. Amerykańska historia nie ma nawet 300 lat, więc wszystko, co
starsze niż 50-100 lat, jest super historyczne. I trudno im się dziwić.
Po spacerze
zasiedliśmy do lunchu przygotowanego przez firmę, dla której pracuje
Darrel – Sysco. Mieli też wyśmienite ciasteczka z kawałkami czekolady.
Mieliśmy też okazję spróbować wejścia na ściankę wspinaczkową. Michelle
weszła na szczyt co najmniej trzy razy, ja – zero. Moje ręce okazały
się być za słabe lol. Około 15, gdy już powoli mieliśmy wracać do domu,
Darrel wziął udział w loterii fantowej i wygrał… rower!
Wróciliśmy do domu, trochę się odświeżyliśmy i ja, Ziggy, Hannah i
Michelle wskoczyłyśmy na trampolinę w ogrodzie domu Hewittsów. Ale
miałyśmy ubaw!
Po 17 Beth, dziewczynki, Ziggy i ja pojechałyśmy na zakupy. Musiałam
jednak najpierw spieniężyć swój czek płatniczy (którego nie udało mi
się zrealizować tydzień wcześniej w San Francisco) i tu pojawiły się
schody… Nie zdawałam sobie sprawy, że tyle nerwów będzie mnie, a
właściwie nas, to kosztować. W sobotę banki są pozamykane, a w
supermarketach chcieli jakiegoś magicznego kodu z amerykańskiego dowodu
osobistego. Nie dali sobie wytłumaczyć, że nie jestem Amerykanką i że
tego magicznego kodu mieć nie będę. Pewna pani z obsługi szukała nawet
Polski w spisie krajów Azji, a potem Afryki. Od tamtego momentu, gdy
mówię komuś, że jestem z Polski, dodaję: „to jest w Europie”.
Spędziłyśmy 2,5 h, jeżdżąc w różne miejsca, żeby zrealizować ten
przeklęty czek – i nic. Ogarniała mnie coraz większa frustracja, bo od
kilku tygodni nie miałam okazji zrobić zakupów, ani kupić karty
telefonicznej. A tak bardzo chciałam już zadzwonić do domu, minął już
ponad miesiąc od kiedy byłam poza Polską! Skończyło się na tym, że
widząc moją frustrację i łzy w oczach, Ziggy kupiła mi kartę
telefoniczną. Byłam zdołowana, ale cieszyłam się, że miałam wokół
siebie osoby, które przynajmniej coś obchodziłam. Chociaż tyle, że
spędziliśmy ten czas razem.
Wieczorem, a właściwie już w nocy, Darrel zawiózł mnie i Ziggy z
powrotem na camp. Smutno było mi się żegnać, ale wierzyłam, że jeszcze
się spotkamy. To był naprawdę udany weekend, pełen niezapomnianych
wrażeń. Epizod:
Na następny dzień rano, poszłam w końcu zadzwonić do domu. Karta miała
mi starczyć na 150 min rozmów. Wykręciłam numer do domu i jak tylko
mnie połączyło, usłyszałam wiadomość, że zostało mi… 9 minut. To mnie
najbardziej dobiło. Zaczęłam szlochać do słuchawki, bo tak liczyłam, że
chociaż porozmawiam z mamą i z bratem przez dłuższą chwilę. Nie mogłam
wydobyć z siebie głosu i po zakończeniu naszej krótkiej rozmowy, przez
następny tydzień moja mama zasypywała mnie emailami, czy to na pewno
była tylko frustracja kartą telefoniczną, czy coś się stało. A ja po
prostu już tak długo czekałam, żeby zadzwonić, czułam intuicyjnie (jak
się w sierpniu okazało), że w domu było coś nie tak i nawet nie mogłam
porozmawiać. Potem już nie pozwoliłam sobie tak długo czekać z
telefonem do domu, żeby nie popaść ponownie w taką histerię.
ENGLISH:
I didn`t know what to do with the next weekend so I decided to email
Hewitts if they`d meet up with me. Michelle`s and Hannah`s mum invited
me to their house after the first session, but I hadn`t had time to use
the invitation yet. Beth replied to me almost straight away. She said
that she and her family were going to take part in a picnic at
historical park that weekend. That was exactly what I needed – a relax
apart from camp, with people that meant a lot to me.
On Friday, just like Beth said, she was at camp with her elder daughter
Michelle. How good it was to see their faces! When we were talking,
Ziggy walked next to us and Beth asked what were her plans for that
weekend. She said she actually didn`t have any as somebody had just
teased her. I can`t describe my happiness when Beth told Ziggy to join
us.”Now I know why I made two beds” – said Beth. I helped Ziggy to pack
quickly and we jumped into the car.
Beth and her family lived just an hour apart from camp, in Livermore.
We got to the Hewitts house about 10 pm, so their younger children were
already asleep. In general Beth and Darrel had six children at that
time: except for Michelle and Hannah, there also was 6-year-old
Anthony, 13-year old Christian, 17-year-old Nathan and Nicole, that
already didn`t live with the family. It was so good to see a “normal”
house. When I saw “my” room, at first I felt breathless, and then I
jumped onto one of the beds and screaming from happiness. Hanah`s and
Michelle`s room, that me and Ziggy took for that weekend, was girly and
cute. Before we went to beds, we`d had a chat with Beth and her
husband; Michelle was also way too excited to go to sleep.
On the next day, we got up at 7 am, dressed up in non-camp clothes (how
nice was that feeling), and at 9 am we already were at breakfast in a
restaurant with Hewitts. Actually, for the first time I was eating a
breakfast in a restaurant. Ahh Americans hehe. I can`t complain, it was
a really nice experience.
After the breakfast we travelled to Ardenwood, where the historical
farm is. A sort of trolley held by horses took us to the heart of that
place. On our way we passed fields and… an eucalyptus forest. For the
first time in my life I felt almost like in Australia. Only koala bears
were missing. We were wandering around, trying fresh food straight from
the garden (e.g. specific eatable flowers) and taking pictures on the
“historical” equipment. American history is not even 300 years old, so
everything that is older than 50-100 years, is super historical, which
is not surprising.
After the walk we had a lunch prepared by the company that Darrel
worked for – Sysco. They also had delicious chocolate chip cookies. We
also had an opportunity to climb a climbing wall. Michelle reached the
top at least 3 times, I didn`t even once. My hands are too weak. About
3 pm when we were about to leave the farm, Darrel took part in a
lottery and won… a bike!
We got back home, refreshed a bit and me, Ziggy, Michelle and Hannah
jumped on the trampoline in the Hewitts garden. We had so much fun!
After 5 pm Beth, girls, Ziggy and me went shopping. I had to cash me
cheque first (the one I didn`t cash a week before in San Francisco) and
there I had a little problem. I didn`t realize it would make me, erm,
us so nervous. Banks in America are usually closed on Saturday and in
the supermarkets they wanted a sort of magic code from me that would be
on American ID. They couldn`t get that I wasn`t American and I wouldn`t
have any magic code. A certain woman in customer service was looking
for Poland on the list of Asian and then African countries. Since then
if somebody asked me where I was from, my answer would be: I`m from
Poland, it`s in Europe. We spent 2,5 hours trying to cash that damn
cheque – and nothing. I started to be more and more frustrated as I
hadn`t had an opportunity neither to do some shopping or to buy a phone
card. I wanted to call home so badly, it had been a month since I left
Poland! Seeing my frustration, finally Ziggy bought me the phone card.
I was really depressed but happy to have had people around that`d care
about me. At least we could hang out with each other.
In the evening, actually at night, Darrel took me and Ziggy back to
camp. It was sad to say goodbye to them, but I truly believed we`d meet
up again. Episode:
On the next day, I went in the morning to finally call home. The phone
card was supposed to include 150 mins. I had dialed my home number and
straight away I heard I`d have 9 mins left… That was the most
devastating to me. I started crying really badly, because I was so much
hoping for a proper chat with my mum and brother. I couldn`t even say
anything and after we had finished our short talk, my mum kept sending
me emails for a week, asking if that was only a frustration by a phone
card or something worse. I had been waiting just for so long, my
intuition was telling me (what I was told later on in August) that
something wrong was going on at home and now I couldn`t even talk for
too long. I wouldn`t let myself for so long with a home phone call
again, my hysterical reaction wasn`t worth that.
More thumbnails ...
{ Last Page } { Page
1
of
2
} { Next Page }
|
nbsp; |
Bogna Teuchman
Opole, Poland 
Camp: Bothin, California
Links
Bogna`s official travel blog
My camp Anne `05 story on CA Polish website
Categories
Recent Entries
INTRO - where and when did it start?
travel time
A mad running day
Pali staff madness night
The very last session of this summer
Friends

Varvara1831
|